Prawdziwych przyjaciół nie poznaje się w biedzie

Rozdział 1

Zdarzyło się tak, że w jednym takim miejscu na świecie żyła sobie drużyna jeży. Drużyna, jak to drużyna, trzyma się razem i nigdy nie puszcza. Zapytacie może, ile w tej drużynie było dokładnie tych jeży, ale tego niestety nie wiem. Na szczęście nie ma to większego wpływu na przebieg historii, więc kto się nie boi, może czytać dalej.

Drużynie żyło się generalnie całkiem dobrze i każdy z jeży wiódł stabilną, podobną do wszystkich innych i dość przewidywalną codzienność, co jednak wpędzało je w przyjemny nastrój komfortu i poczucia bezpieczeństwa. Pociechą zawsze były pozostałe jeże, które w każdej chwili gotowe były przyjść na ratunek – kiedy stało się coś nagłego, zwykle nieprzyjemnego, bo w końcu po co w sumie ratować kogoś z sytuacji przyjemnej.

Aczkolwiek z jeżami to akurat nigdy nic nie wiadomo.

Rozdział 2

Tak czy siak pewnego razu jeden z jeży stracił wszystkie kolce. Tak zupełnie bez ostrzeżenia, że nawet się w żaden środek zapobiegawczy nie zdążył zaopatrzyć. Po prostu zanim się obejrzał, to kolców już nie miał. Co więcej, nie mógł ich sobie nawet przykleić, bo wszystko rozkradły mrówki. Ponoć potrzebowały oszczepów, żeby trenować do olimpiady. Widzieliście kiedyś mrówki na olimpiadzie? No ja właśnie też nie, dlatego z tymi oszczepami to pewnie ściema grubymi nićmi szyta, ale co poradzić – tylko tyle wiem.

Jeż ten popadł w depresję, bo nie dość, że nie miał jak zgarnąć co lepszych kąsków spod drzewa, to jeszcze wyglądał maksymalnie głupio i wszystkie pozostałe zwierzęta się z niego śmiały. Na szczęście miał swoją drużynę, która każdego dnia bardzo biedaka żałowała i zorganizowała nawet leśną zbiórkę igieł sosny, aby móc je mu następnie przeszczepić, ale nikt nie przyszedł. Tym bardziej jednak bezkolcowy jeż doceniał swoich druhów, którzy stanowili teraz nieopisane oparcie i pomoc w trudnych chwilach. Wieczorami siadał na swoim ulubionym kamieniu, patrzył na zachód słońca i myślał, że jest maksymalnym szczęściarzem, bo nie każdy jeż na świecie ma takich wspaniałych przyjaciół, którzy poświęcali mu każdą wolną chwilę, aby czuł się choć trochę lepiej, mimo że nie mógł im już dorównać.

Rozdział 3

Minęło kilka lat, a dokładnie około szesnastu. Była godzina szósta trzy, kiedy bezkolcowy jeż obudził się jak zwykle na swym ulubionym kamieniu, aby rozpocząć kolejny dzień ze swoją ułomnością. I kiedy jak zwykle przeciągał się tak, że aż zrobił fikołka do tyłu, poczuł na plecach dziwny opór. W pierwszym momencie przeraził się niezmiernie, bo pomyślał, że teraz, za kolcami, odpada mu kolejna część ciała (plecy), ale w rezultacie okazało się, że wyrosły mu skrzydła. Najzwyczajniej w świecie stał się skrzydłojeżem. Ewoluował do poziomu niedostępnego do tej pory dla żadnego z jeży.

Nie muszę dodawać (ale dodam), że od razu wypróbował swoje nowe umiejętności i zrobił parę kółek wokół lasu. Przepełniała go gigantyczna radość, którą postanowił podzielić się ze swoją drużyną. Zobaczył ją z góry, jak skrupulatnie układała sobie na kolcach kawałki jabłka, po czym zleciał prosto na nią i zaczął pokazywać, co nowego potrafi. Reszta drużyny patrzyła na niego z niedowierzaniem i zdawała się cieszyć się razem z nim, po czym szybko jednak dodała, że czas wracać do pracy i zobaczą się później, skoro on i tak nie może im się teraz do niczego przydać jako że kolców wciąż brak.

Rozdział 4

Skrzydłojeż na słowa o braku kolców na chwilę posmutniał, ale w sumie tylko na chwilę, bo przypomniał sobie, że dziś zaczął nowe życie. Uśmiechnął się więc do drużyny szeroko i wzbił się w powietrze z zamiarem poznania obłoków, ptaków, szczytów drzew i innych podniebnych cudów dostępnych tylko i wyłącznie dla skrzydlatych stworzeń. Co chwilę widział nowe miejsca i odkrywał rzeczy, o których wcześniej nie śnił. Nie mógł się doczekać aż wszystkim się nacieszy, a następnie opowie o tym swojej drużynie, która była z nim od zawsze i na zawsze. Fruwał sobie tak cały dzień aż wieczorem zleciał na ziemię i stawił się na drużynowe ulubione miejsce, gdzie codziennie wszyscy się spotykali aby pogawędzić o minionym dniu.

Wyobraźcie sobie jego zdziwienie, kiedy na miejscu nie było nikogo, chociaż zwykle nie spóźniał się nikt. Zdziwienie było ogromne, ale zaufanie do drużyny jeszcze większe – pomyślał sobie od razu, że wszyscy byli bardzo zmęczeni, poszli wcześniej spać i na pewno spotkają się jutro.

Skrzydłojeż przylatywał w umówione miejsce każdego dnia, przez długi czas, ale drużyny tam nie było. A kiedy szybował nad drzewami i widział, jak jeże zbierają jabłka, to ze smutkiem zauważał, że żaden z nich nie reagował na jego wesołe okrzyki i zachętę do zabawy. Po paru dniach zaczęli się wręcz przed nim chować, a plotka leśna głosi, że ustalili w tajemnicy inne sekretne miejsce spotkań…

***

Wiecie, co ma piernik do wiatraka, a w sumie skrzydłojeż do braku kolców?

Po prostu prawdziwych przyjaciół poznaje się nie w biedzie, ale wtedy, kiedy coś nam się w życiu uda.

I tylko takiej drużyny Wam życzę. Inne to strata czasu.

 

 

 

 

EPILOG

Dla wszystkich, którzy się martwią, że Skrzydłojeż zapłakał się na śmierć po drużynowym odtrąceniu – żyje, czuje się świetnie i ma wokół siebie mnóstwo jeży, którzy kibicują mu na podniebnych zawodach. Wszyscy przesyłają Wam skrzydlate buziaki.



Dlaczego kochamy jesień za kocyk i herbatę?

Zastanówmy się przez chwilę, co sprawia, że nazywamy jakieś miejsce domem. U mnie wygląda to następująco:

1. W domu bez pytania otwieram lodówkę.

A w dodatku mniej więcej orientuję się, na której półce znajdę kiszone, a na której zakamuflowaną puszkę Cherry Coke.

2. W domu nie usuwam bezpiecznie sprzętu przez USB.

Nie ma tu miejsca na well-pc-known lans, jest samo życie. A samo życie w domu mówi mi, że ze strony mojego laptopa mi względnie nic nie grozi. (Piszę „względnie”, bo ostatnio przekonuję się, że najbardziej złośliwymi istotami żyjącymi są rzeczy martwe.)

3. W domu mam swój kocyk.

Taki, na którego widok miękną mi kolana, serce zamienia się w mały termoforek, a mózg w galaretkę. Taki, pod którym nic mi nie grozi i taki, który zawsze wybieram zamiast wyjścia na imprezę. Chociaż tutaj akurat dużych wymagań nie mam – kiedy, dajmy na to, do wyboru mam niewolniczą pracę przez rok za darmo dla producenta żelek anyżowych na stanowisku testera jakości produktu lub wyjście na imprezę, z całą dozą pewności jestem już w trakcie kupowania fartucha roboczego i czapki z daszkiem z napisem „I WILL TEST YOU SO BAD”.

W każdym razie widzicie, żadne tam automatyczne łączenie z wi-fi czy brak automatycznego wciągania brzucha na dzień dobry – po prostu lodówka, USB i kocyk. A wiecie, jakie określenie pasuje do tych trzech rzeczy? Jest to określenie – „parówka z ketchupem”. A tak naprawdę – „przytulność”.

Zaraz będzie ciemno, czyli co to ma wspólnego z jesienią

Jesień to taka sprytna pora, która pozwala mi na legalu przyjmować tę przytulność z należytym entuzjazmem. Jesienią nie jesteś lamusem, kiedy na pytanie „co robisz w piątek wieczorem?” odpowiesz „w piątek wieczorem jestem kocykowym burrito i czytam książki, a później obejrzę wszystkie seriale na Netflixie dodane w ostatnim miesiącu” (ej naprawdę dodali ich mnóstwo!!!). Jesteś jesiennym człowiekiem sukcesu.

Lato jest naprawdę super, ale dobrze, że nie trwa cały rok. Kocham pędzić i nadążać za światem i nie lubię sama przed sobą przyznać się, że czasem wcale mi się nie chce. Że jak się robi ciemno o tej dwudziestej drugiej, to chcę już iść do domu. „Ale przecież jest lato! Kurdę, szkoda trochę! Zostaję!”

A tymczasem…

… ciemność najlepiej wykorzystuje się właśnie jesienią. Jesień po prostu od tego jest. Zawijając się w kocyk i robiąc sobie 4 litry gorącej herbaty z cytryną, miodem i konfiturą malinową, mogę na legalu po prostu być w domu. Jesienią świat trochę zwalnia i kiedy ktoś mówi, że dziś jest dobry dzień na zapalenie lampki nocnej i słuchanie jak mruczy kot, a Ty odpowiadasz „tak! i do tego kocyk i herbatka”, to dzięki temu zostajecie przyjaciółmi na całe życie i zapisujecie sobie w testamencie swoje ulubione koszulki z superbohaterami, które pierzecie na 30 stopni na programie: Delikatne. Serio tak to działa.

Tak naprawdę każdy z nas codziennie chce wracać do swojej przytulności. Do lodówki, która nie zawsze zawiera w sobie to, co trzeba, bo czasem po prostu ją otwierasz i widzisz tylko światło, ale wtedy ktoś obejmuje Cię w pasie, całuje z tyłu szyi i mówi „zapomniałem zrobić zakupów, zamawiamy pizzę?”. Do starego laptopa, który zna na pamięć Twoje ulubione seriale i z pamięci otwiera karty, które ostatnio przeglądałeś. Do kocyka, który pachnie domem, chłodnym wieczorem, parą z gorącej herbaty i poczuciem, że masz pełne prawo siedzieć pod nim aż spokojnie zaśniesz.

A skoro spokojnie zaśniesz, to zwykle znaczy, że czujesz się bezpiecznie. Bezpieczeństwo jest bowiem cechą konieczną do osiągnięcia przytulności. Jest warunkiem, bez którego po prostu nie ma mowy o innych tajnych ficzerach domowej atmosfery.

Bo naprawdę fajnie jest wychodzić ze swoich licznych stref komfortu, sięgać tam, gdzie wzrok nie sięga i codziennie realizować niemożliwe cele, ale fajnie jest też po prostu bez pardonu i poczucia zmarnowanego wieczoru usiąść pod kocykiem z herbatą.

„Nie ma za co” – jesień.

 

 



Szampan i sernik pocieszenia

Jestem pewna, że to było tak, że kiedy geny mojej mamy i geny mojego taty ustawiły się w kolejce do wejścia z napisem „córka” i tak stały zadowolone, żeby po kolei, na zmianę, wchodzić i tworzyć całą moją osobowość, nagle na część z nich zawaliło się genowe drzewo. Wszystkie zginęły na miejscu.

Wiecie co to były za geny? Geny miłości do gotowania i pieczenia.

(W ich miejsce wepchnęło się dwa razy więcej genów miłości do seriali i kotów, a także wysokiej wytrzymałości na sen późną nocą, ale o tym już innym razem!)

Każdy, kto mnie trochę zna, dobrze wie, że najbardziej lubię gotować to, co już umiem i co nie ma prawa się nie udać, a jak już muszę zrobić coś nowego, to przy wyszukiwaniu przepisów w necie, zawsze zaczynam od „łatwy”.

(Jak widać, „łatwy” daje nam receptę głównie na mięso. Inaczej mówiąc, na szczęście i sens życia.)

Czasem jednak nadchodzą takie dni, kiedy mam ochotę jeszcze raz potwierdzić genowy spisek dziejów i udowodnić samej sobie, że to, co sobie wymyślę, wyjdzie albo spalone, albo niedorobione. Albo przynajmniej niejadalne. Wiecie, taki zdrowy masochizm. Mały pstryczek w nos wszystkim kołczom świata, którzy głoszą, że kto nie próbuje, ten nie pije szampana. A jak ktoś nie lubi szampana?

Wykorzystując okazję, że dziś nasze 27m2 odwiedza dziadek, postanowiłam upiec ciasto. Takie domowe, pachnące rodziną i równo poukładanymi talerzami. Wiecie jakie.

Najpierw postanowiłam, że będzie to ciasto z truskawkami i borówkami, ale nagle okazało się, że jest jesień i jedynymi owocami, jakie znalazłam, były banany i ogórki kiszone. W drodze kompromisu, zdecydowałam więc zrobić sernik z brzoskwiniami z puszki.

Przy okazji wymyśliłam ciasto jednomiskowe, które nie polega jednak na magicznej zdolności zrobienia wszystkiego w jednej misce jednocześnie, ale na 15-krotnym myciu jednej miski i używania jej po kolei do każdej części sernika. Metoda ta powinna mieć swoją nazwę zastępczą „biedomiskowa”, ponieważ dotyczy ludzi, którzy mają w domu tylko jedną miskę. W dodatku, Bogiem a prawdą, należącą do męża.

(To ja, Dżasta, która przetrwała 7 lat w Krakowie na miskach będących na wyposażeniu kolejnych 10 wynajmowanych mieszkań!)

Według przepisu („łatwego”), przygotowanie sernika wraz z jego upieczeniem, miało zająć 60 minut. Ciekawe, jakim cudem, kiedy samo nagrzanie piekarnika zajmuje 10 minut, a ciasto miało w nim siedzieć prawie godzinę, no ale dobra! W końcu ja się tutaj nie znam na pieczeniu, a autor przepisu na pewno tak! W przeciwnym razie nie widzę sensu, dla którego miałby się katować tworzeniem tak ciężkich rzeczy jak blog kulinarny. Naprawdę, wolałabym już pisać bloga o budowlance. W sumie kiedyś pisałam w robocie! I wiecie, co? Traumy brak! A po kulinarnym byłaby na, nomen omen, mur-beton!

Tak jak metoda jednomiskowa przewiduje, miskę myłam niezliczoną ilość razy, bo pech chciał, że nie doczytałam na samym początku, że ciasto to ma miliard części. Najbardziej wymagającą i zagadkową dla mnie częścią była kruszonka. Głównie dlatego, że, po wymieszaniu składników w idealnych proporcjach z przepisu, nie chciała się kruszyć. Pomyślałam, że może to wina mojego negatywnego nastawienia albo, NO WŁAŚNIE, genów, ale potem stwierdziłam, że wyjdę ze swojej strefy komfortu i dosypię trochę mąki.

W jednym momencie pokruszyła się ona i pokruszył się kulinarny lód wokół mojego serca. Nie jestem pewna, czy to z kruszonkowej radości, czy po prostu dlatego, że to był koniec sernikowej wyspy przygód! Teraz już tylko piekarnik i wolność!

No nie tak do końca z tą wolnością było, bo przez godzinę siedziałam jak na szpilkach i patrzyłam przez szybkę, czy sernik rośnie. A on nie rósł. I ogólnie wyglądał jakoś blado. I po godzinie byłam pewna, że jest surowy! I w ogóle już miałam wizję, że straciłam pół dnia i metodę jednomiskową na niejadalny ser z kruszonką! I miałam Wam tu napisać, że jak zawsze miałam rację, że moje kuchenne rewolucje jak zawsze na nic i nie mam co wstawić na insta, a jak mi jeszcze ktoś powie, że trening czyni mistrza i że koniecznie muszę spróbować jeszcze raz, bo przecież serniki są tego warte, bo pocieszają w każdej sytuacji i są najlepszym przyjacielem człowieka, to mu powiem, żeby nie chrzanił, bo na moje geny spadło genowe drzewo i wszystko w temacie!

Generalnie puentą tej przygody miało być zdjęcie sernikowego dnia Apokalipsy albo przynajmniej sernikowego karambolu na A4, bo mój sernik zaczął jechać pod prąd. Ogólnie cokolwiek, co będzie upamiętnieniem genów miłości do gotowania i pieczenia, które wydały ostatnie tchnienie długo przed moim narodzeniem.

No, tylko że sernik się udał. I jest, kurnia, pyszny.

 

 

 



Doniczka pełna prestiżu

W życiu zdarzają się momenty ważne. Przełomowe. Takie, które czegoś nas uczą. Zmieniają postrzeganie świata. Napędzają do kolejnych działań. Pozwalają poczuć, że właśnie dla takich chwil się żyje. Czeka się na nie. A kedy już następują, wiadomo, że to właśnie to. Ten dzień. To wydarzenie, dzięki któremu słońce świeci jakby jaśniej, a taksówkarz ciepło pozdrawia kierowcę Ubera i oddaje mu 5 swoich kolejnych kursów.

Myślę, że wiecie, o jakim wydarzeniu mówię.

Tak, o warsztatach lepienia doniczek.

Zanim wyszłam z domu i (już w rowerowni) zorientowałam się, że zapomniałam klucza do zapięcia od różowego Amsterdama i na miejsce muszę jechać granatową Niveą, którą niedługo będę zmuszona zacząć nazywać rdzawą Niveą (krakowska zima przy płotku na Królewskiej nikogo nie oszczędza!), pożaliłam się na fejsie, że osoba bliska mojemu sercu – ba! OSOBA BĘDĄCA MOIM SERCEM, nie do końca zrozumiała powagę doniczkowej sytuacji. Tym bardziej więc trzęsłam się ze stresu, że mój glinowy twór okaże się antymiss doniczek i że jak postawię taką na parapecie, to jedyne, co dzięki temu zyskam, to fakt, że żaden plastikowy kruk już na balkonie nie będzie potrzebny. Nie tylko na naszym, ale i balkonach sąsiadów. W ogóle cała dzielnica będzie bezpieczna, bo wszystkie gołębie wyemigrują z Poznania ze strachu.

(I w ten sposób wpadłam na pierwszy tego dnia pomysł na biznes.)

Niemniej jednak – kto nie próbuje, ten ma święty spokój, więc, bez względu na konsekwencje, postanowiłam doniczkę ulepić. I kochać ją jak własną.

No to tak. Zanim ulepiłam, to okazało się, że sytuacje, w których ludzie biorą mnie za osobę ok. 10 lat młodszą niż faktycznie jestem, to po prostu moja karma i nie mogę z tym walczyć. Tym razem prowadząca warsztaty prawie przekonała mnie, że jestem starszą córką pani, która przyszła na warsztaty ze swoją 11-latką. Dodam, że byłyśmy jedynymi uczestniczkami, bo reszta populacji Poznania zwyczajnie stchórzyła. Ja ich trochę rozumiem, dużo nerwów, nie wiadomo co wyjdzie, a jeszcze jak ktoś w dodatku kocha gołębie, to już totalna klapa.

Ej, słuchajcie, właśnie sobie uświadomiłam, że my, kurnia, nie mamy parapetów na chacie. W tym miejscu więc krótka ankieta: gdzie jeszcze można postawić doniczkę (na wszelki wypadek – taką niekoniecznie ładną)?

Wracając do meritum, na początku moja doniczka wyglądała jak, będę mówić wprost, kupa gnoju. Nie wiem, czego się spodziewałam, ale kiedy w pierwszej klasie szkoły podstawowej, wygrałam Mikołajkowy konkurs plastyczny, w którym nagrodą główną był porcelanowy kubek ze św. Mikołajem, z którego to kubka po dziś dzień piję herbatę nawet w środku wakacji, to byłam pewna, że wszystko, gdzie dotknę, zmieni się w dzieło sztuki. W sumie powinnam skumać, że coś jest nie tak, kiedy próbowałam umyć ściany magiczną gąbką z Rossmanna, a one ani trochę nie zamieniły się w dzieło sztuki. Nie wiem, widocznie coś uśpiło moją czujność i nawet mam swój typ. Wiadomo, że jeśli mowa o uspaniu albo usypianiu, to mistrzem w tym fachu jest mój mąż, który cierpi (a raczej ja cierpię z tego powodu) na narkolepsję i zasypia w 3 sekundy nawet wtedy, kiedy ja płaczę, bo mi smutno, a on mnie przytula i pociesza. Rachunek jest więc prosty – to, że początku moja doniczka wyglądała jak kupa gnoju, jest winą mojego męża.

I w tym momencie takie małe ogłoszenie – jeśli znacie kogoś, komu podobają się doniczki w kształcie kupy gnoju, to jestem w stanie rozpocząć produkcję od ręki.

(I w ten sposób wpadłam na drugi tego dnia pomysł na biznes.)

ALE! Po wielu, wielu, wielu, wielu, wielu wątpliwościach, szoku, że dwóch kawałków gliny nie można połączyć ot tak i że trzeba ją szorować szczotką do zębów, żeby naruszyć jej strukturę, bo wtedy lepiej przyjmuje żebro ze swojego ciała oraz po licznych pytaniach w stronę pani prowadzącej, która bardzo cierpliwie pomagała mi ratować moje dzieło przed samozniszczeniem, ulepiłam.

Ulepiłam doniczkę, z której cała dzielnica będzie dumna, a wszystkie poznańskie gołębie przylatywać będą do niej na pielgrzymki. Wszystkie wspomnienia odżyły, a kubek ze św. Mikołajem pokochałam jeszcze bardziej. Poczułam, że żyję, a w mojej doniczce rosnąć będą pozytywne emocje, sukces i prestiż.

Naprawdę nie wiem, jak mogłam do tej pory bez niej żyć, bo myśląc o niej, zapominam o wszystkim innym.

No, to teraz jeszcze tylko żebym nie zapomniała jej za 10 dni odebrać z pracowni.

 

 



Koszulka ze Stoperanu

tumblr_npg9vf7AOe1qfirfao1_1280

W tym roku otaczająca mnie czasoprzestrzeń stwierdziła, że skoro tak bardzo nie lubię wesołych miasteczek i nagłego przyspieszania w czasie jazdy samochodem, to zamieni moje życie w ciągle przyspieszający samochód w wesołym miasteczku. W którym brakuje śrubek. I nie ma hamulców. I nie da się wysiąść. I zamknąć oczu. I kupić innych żelek niż anyżowe.

(Matko jedyna, ale teraz przegięłam z tymi żelkami.)

W każdym razie w tym roku zmieniło się u mnie tak wiele rzeczy, że gdyby nie to, że rano po przebudzeniu cały czas wyglądam jak wypłosz, a włosy na nogach wciąż rosną mi 4 razy szybciej niż u normalnych ludzi, to pomyślałabym, że trafiłam do jakiegoś nowego wcielenia!

Chcecie wiedzieć, co mnie tak szokuje? Chcecie? To patrzcie:

  • nauczyłam się prowadzić samochód i już tylko co trzecia osoba na świecie uważa to za niebezpieczeństwo dla Ziemi,
  • w końcu wsiadłam do samolotu i nie dostałam ataku paniki, aczkolwiek naprawdę miałam ochotę klaskać po wylądowaniu (nie dla pilota, zwariowaliście? Dla siebie samej!),
  • 2 tygodnie temu wyszłam za mąż i, jak dotąd, użyłam słowa „mąż” ok. 7 tysięcy razy w myślach i ok. 4,5 raza (w tym raz podczas składania przysięgi w kościele) werbalnie,
  • po 7 latach w Krakowie, zmieniłam miasto zamieszkania i teraz, oprócz kotów i lisów, muszę zaprzyjaźnić się z koziołkami, a póki co mam sprawdzone tylko kozy,
  • pokochałam brokat (coraz mniej mi się to podoba, bo wczoraj prawie kupiłam cekinową bomberkę w Lidlu, co byłoby niedopuszczalne, ponieważ to nowa kolekcja i jeszcze nie zdążyli jej przecenić),
  • kupiłam krem BB i dziś po raz pierwszy go użyłam – nie ma praktycznie żadnej różnicy pomiędzy tym co było, a tym co jest, więc na chwilę obecną jest to mój ulubiony kosmetyk ex aequo z pastą do zębów i matową szminką z Golden Rose, która to, proszę bardzo, zaginęła w akcji po weselu, więc nie wiem dlaczego niby miałabym sobie nie pomyśleć, że wyjechała w podróż poślubną ze spinkami do makietów I LOVE MY WIFE, które wybierałam Łukaszowi jakieś 5 dni i których ostatecznie nie założył, bo jego koszula ślubna stwierdziła, że będzie sobie miała guziki, a nie jakieśtam dziury na spinki. Dzięki, kurnia!
  • zdecydowałam się umyć całe mieszkanie magiczną gąbką z Rossmanna, która okazała się służyć trochę do czegoś innego niż myślałam, a mianowicie do samodzielnej zmiany koloru ścian bez użycia farby. Jeszcze nie wiem, czy to jej zaleta, czy wada.

No, w każdym razie wstałam rano i pomyślałam, że dziś naprawdę jest dobry moment, żeby wrócić do pisania. To jestem! I siedzę sobie w koszulce ze Stoperanu (nawet jakbyście patrzyli na nią sto lat i kminili tysiąc, to byście się nie skumali że mam ją właśnie stąd! 100% bawełna, panie!), mam na sobie krem BB, którego nie widać i za chwilę lecę na otwarcie Bubble Love Poznań!

Zapomniałam, jak tu fajnie!

sign

 

 

 



Jak wyleczyć przeziębienie?

photo-1422433555807-2559a27433bd

Zaczęliśmy jesień, do której samej w sobie nie mam kompletnie nic, a wręcz po cichu bardzo ją lubię za fajne płaszcze z lumpeksu, złote liście, nowy sezon The Big Bang Theory i gorącą czekoladę konsystencji budyniu. Pojawia się tu jednak jeden aspekt, który zepsuć może wizję najlepszego ciucha za złotówkę i, co gorsze, a wręcz powiecie pewnie, że niemożliwe, ale jednak – pianki marshmallow pływające w czekoladzie.

Aspekt ten ma na imię przeziębienie. (Napisałam je z małej litery całkiem celowo – po prostu nie mam do niego ani krzty zrozumienia i szacunku! A niech spada!)

Szczery szacun dla Was, jeśli jeszcze się nie pochorowaliście, bo połowa moich znajomych boryka się od jakichś dwóch tygodni z co najmniej jednym objawem jesiennej choroby. Jeśli jednak chodzicie na uczelnię, do pracy, do szkoły, a nawet do Lewiatana pod blok, gdzie przychodzą same staruszki, które przeżyły już 85 lat, więc przeziębienia ich nie biorą, bo się boją, to istnieje szalenie duże prawdopodobieństwo, że jednak coś złapiecie.

A jeśli nigdzie nie chodzicie, bo pracujecie w domu, a ze swoimi ziomkami gadacie tylko i wyłącznie na fejsie (możecie przy okazji wpaść i pogadać też ze mną!) albo w ochronnej maseczce chirurgicznej, to też nie chojrakujcie, bo okaże się, że na kartonie mleka, który kupiła Ci dziewczyna, znajduje się mały słodki wirusik.

Ja właśnie chojrakowałam i dokładnie 2 dni temu o tej porze skumałam, że w gardle wyrosły mi Pireneje i zalała je lawa.

ALE!

Przeprowadziłam swój sprawdzony zmasowany atak i z zadowoleniem stwierdzam, że mój organizm to docenił i dziś czuję się już dużo lepiej. Z tej okazji postanowiłam pokazać Wam, jak to zrobić, bo chorowanie nie jest fajne, a jak się rozkręci, to jeszcze wylądujecie u lekarza i będziecie musieli wydać kupę hajsu na antybiotyk. I probiotyk. Dobra, ten akurat nie jest aż taki drogi, ale myślę, że znacie i łapiecie temat.

Możliwe, że większość tych magicznych sztuczek jest Wam znanych, ale może zapomnieliście albo myślicie, że to głupie gadanie jak te na Kafeterii (Gripex? Jaaasne! Życzę powodzenia!).

Dobra, jedziemy, oto…

10 kroków zmasowanego ataku na przeziębienie

1. Ciepło

Nie ma mowy, żebyście się wyleczyli, kiedy jest Wam zimno. Organizm, zamiast walczyć z infekcją, będzie zużywał wówczas całe swoje siły witalne na rozgrzanie. Zdejmij mu więc z barków ten obowiązek i ubierz się, okręć kocem, na nogi załóż polarowe skarpetki z Wigilii 2013, a pod plecy zaaplikuj ciepły termofor. Możesz też oczywiście siedzieć w podkoszulku, bokserkach i sombrero, jeśli Cię to odpowiednio rozgrzewa, ale rozgrzany mózg myślący o wakacjach w Meksyku kiedy już faktycznie złapałeś przeziębienie – raczej, kurde, nie wystarczy. Chociaż…

2. Zajmij się czymś, co sprawia Ci radość

Sam ciepły mózg nie wystarczy, ale na pewno pomoże. Robiąc to, co lubimy najbardziej, pobudzamy nasz organizm do produkcji pozytywnych hormonów, które poprawiają nasze samopoczucie i sprawiają, że czujemy się lepiej od strony psychicznej. Włącz więc najnowszą płytę Rojka, zacznij po raz siedemdziesiąty szósty „Dziennik Bridget Jones” albo zrób kolejny słoiczek ogórków w zalewie octowej. Myśl o sobie dobrze i sprawiaj sobie radość – masz 100% mojej gwarancji, że gapiąc się w ścianę i myśląc o sytuacji politycznej na Wschodzie, na pewno nie poprawi się Twoje samopoczucie. No, chyba że ściany i polityka Wschodu są Twoją pasją, więc może zostanę przy 99%.

3. Pij 5 razy więcej niż zwykle

Serio. Ale nie alkoholu. Alkoholu w ogóle nie pij, bo, jak zapewne wiesz, wypłukuje on z organizmu wodę, a ona akurat bardzo Ci się teraz przyda. Rób sobie herbatę za herbatą albo sącz wodę niegazowaną z dużą ilością tych fajnych składników mineralnych. Nawodniony organizm jest bardziej sprawny i będzie przypominał taki nieprzeziębiony. A później po prostu się taki stanie i znów będzie można chojrakować!
Jeśli chodzi o herbatę, to najlepiej z pełnym plasterkiem świeżej cytryny i łyżką miodu lub malin. Dla niebojących się wyzwań polecam również dodanie kilku (7-9) kropel Amolu – jego aromat przy okazji pomoże odetkać pękający w szwach nos. Jeśli chodzi o cukier zamiast miodu, to jest on raczej jest do bani w walce z przeziębieniem. Już lepiej sól, bo…

4. Płukanie gardła działa cuda

Jest to najlepszy, sprawdzony przeze mnie sposób na odkażenie piekącego gardła. Pełna dezynfekcja i minimalne koszty. Fakt, że woda z solą smakuje jak Morze Czerwone, ale można to obrócić na naszą korzyść – przy płukaniu gardła zamknij oczy i wyobraź sobie, że jesteś na wakacjach i właśnie zakrztusiłeś się Morzem Czerwonym! Prawda, że super? Dobra, zapomnijmy o tym. Znaczy o Morzu Czerwonym, a nie wodzie z solą, bo to naprawdę działa – Pireneje znikają w oczach!

5. Masaż wodą

O braniu kąpieli bądź prysznica mówimy oczywiście tylko wówczas, kiedy czujesz się na siłach. Jeśli jest Ci tak zimno, że przeraża Cię ściągnięcie chociażby jednej warstwy z 4 polarów i 3 par dresów, to sobie odpuść i po prostu przeskocz ten punkt i obczaj następny krok, gdzie dowiesz się, jak spokojnie zasnąć, kiedy i nos zatkany, i łeb Ci pęka.
Kiedy jednak czujesz, że ciepła (a w sumie to bardzo ciepła) woda to coś, czego potrzebujesz, to nie zapomnij zrobić sobie masażu gardła. Polewaj szyję dość ciepłym strumieniem wody aż poczujesz, że Pireneje się zaczynają rozpuszczać. Albo że zaraz wykorzystasz cały bojler i Twoja współlokatorka Cię zabije, bo chciała jeszcze umyć głowę przed randką życia. Wtedy możesz pominąć resztę kroków zmasowanego ataku, bo nie ma już dla Ciebie żadnego ratunku.

6. Stop gołej szyi

Jeśli szaliki gryzą Cię w szyję, a w chustce wyglądasz jak kretyn, to bardzo mi przykro, ale nie rusza mnie to. Musisz mieć to gdzieś, posmarować sobie szyję (od strony gardła) czymś rozgrzewającym i owinąć ją czymś ogrzewającym. Ja zazwyczaj stawiam na maść Vicks VapoRub lub klasyczny Amol, który jest totalnie najlepszy do stosowania zarówno wewnątrz (herbata), jak i na zewnątrz. Jeśli do tego bolą Cię mięśnie czegokolwiek – np. pleców, jak to u mnie często bywa – tam również się posmaruj. Lub zleć smarowanie. (Lucky you!)

Pro tip: najlepiej zrób to przed snem i szczelnie zapakuj się pod kołdrę – czując działanie i zapach smarowidła zaśniesz w try miga.

7. Staraj się jeść

Słuchaj, jesteś przeziębiony, więc nawet jeśli masz pięćdziesiąty dzień pięćdziesięciodniowego wyzwania z Ewą Chodakowską i zjedzenie czegoś więcej niż sałatki z sałaty i kiełków popitej przefiltrowaną wodą z czajnika Brita oznacza koniec Twojej kariery przyszłego trenera fitnessu – i tak musisz to zrobić. Mówię Ci szczerze. Oszczędzanie się w jedzeniu i niedostarczanie organizmowi odpowiedniej porcji witamin zawartych w pełnowartościowym śniadaniu, obiedzie i kolacji (i przekąskach!) nie pomoże Ci wyzdrowieć. Nawet jeśli nie masz apetytu (a jest duża szansa, że nie masz i się z tego cieszysz), to udaj przed sobą, że masz i ugotuj sobie swoje ulubione kaloryczne danie. Wracamy tu w sumie trochę do kroku nr 2, w którym była mowa, żeby robić fajne rzeczy. A jedzenie przecież jest super fajne!

8. Mikstura na zdrowe gardło

Zrób sobie gorące mleko z łyżeczką miodu, połową łyżeczki masła i ząbkiem czosnku – smakuje bardzo intensywnie i czasem nie da się tego pić, ale możesz zatkać nos – wtedy nie będziesz czuć smaku. Ma to genialne działanie odkażająco-rozgrzewająco-kurujące, a w Twoim gardle będzie wtedy tak. Uwierz mi, ono to uwielbia!

Pro tip: jeśli serio zdecydujesz się na picie z zatkanym nosem, to nie odtykaj go tak od razu. Zresztą, możliwe, że tak czy siak masz zatkany!

9. Świeże powietrze i oczyszczanie atmosfery

Nie, nie mówię tu o wychodzeniu na poranny jogging na Błoniach. Mówię o wietrzeniu pokoju, w którym najwięcej przebywasz. Słodki wirusik krążący wokół Ciebie bardzo nie lubi świeżego powietrza, które mąci mu w planach. Oprócz tego jeśli masz katar i nieustannie zużywasz kolejne chusteczki – nie trzymaj ich w pokoju przez długi czas. Zbieraj je wszystkie do jednej reklamówki, a po godzinie lub dwóch – zawiąż szczelnie i wyrzuć do śmieci. Twój wirusik Cię za to znienawidzi.

10. Nie broń się przed lekarstwami

Jeśli domowe metody nie działają, nie bądź głupi i po prostu wypij Theraflu. Albo popsikaj gardło Gardloxem. A jeśli czujesz, że zmasowany atak zawodzi i bierze Cię coś poważnego, to natychmiast zasuwaj do lekarza – a już najlepiej zamów wizytę domową. Powiem Ci coś – ze zdrowiem naprawdę nie warto zadzierać. Tym razem daję Ci już okrągłe 100% mojej gwarancji na to, że zdrowie jest arcyważne i jeśli się zepsuje przez jakieś durne powikłania po niedoleczonym zapaleniu gardła – przestanie Cię obchodzić, że Aśka z roboty zarabia tysiaka więcej od Ciebie chociaż nic nie robi, a młodszy brat pobił Ci półmetrową szklaną replikę Gwiazdy Śmierci.

Będzie się liczyć tylko to, żebyś wyzdrowiał.

I tego właśnie Ci teraz i na przyszłość życzę,
sign

 

 



Bajka o końcu tygodnia

2015-09-Life-of-Pix-free-stock-photos-beach-cabanne-sea-fresonneveld (1)

Budzisz się i myślisz „e, spoko”. Masz przed sobą cały dzień, w sumie nic konkretnego do zrobienia. Wszystko na totalnym luzie, nawet pasów nie trzeba zapinać, bo jedyne, co Cię może dziś zaskoczyć, to ostudzona herbata, o której zapomniałeś przy śniadaniu.

Które, notabene, zjadłeś w zwolnionym tempie, bo przecież wolny dzień, czilaks, kto się spieszy, ten i tak się spóźnia i tak dalej. A zresztą Ty się nie musisz spieszyć, bo w końcu nic się nie dzieje i jak dobrze pójdzie, to nawet bez mycia głowy się obędzie.

(Kurde, nie no, trzeba jednak umyć, nie zapędzajmy się.)

Siedzisz więc w turbanie z ręcznika na głowie przed kompem, ściągasz najnowszy odcinek jakiegoś spoko serialu, który odkryłeś bardzo niedawno i wszystkim o nim opowiadasz, o już jest, bo miał fajne seedy, lajtowo. No i oglądasz. Niestety okazuje się, że napisy się nie dopasowały i zapieprzają nie wiadomo gdzie bez ładu i składu, więc musisz ściągnąć inne. Dobra. Odcinek trwa 42 minuty i 37 sekundy, akurat przez tyle czasu włosy wyschną Ci na wiór pod ręcznikiem i będziesz mógł szybcikiem dobić je suszarką. Hm, napisy wciąż nie współpracują, oglądasz więc po angielsku. Trwa to 53 minuty i 15 sekund, bo co chwilę wklepujesz nowe słowa do Google Translate, żeby skumać kontekst jakiegoś dialogu. Włosy wyschły, a raczej uschły. Ręcznik odpadł sam.

Postanawiasz wylać ostudzoną herbatę ze śniadania i zrobić sobie nową. Z miodem i cytryną, bo właśnie zauważyłeś, że boli Cię gardło po wczorajszym slalomie na rowerze w deszczu. „A kto to słyszał jeździć w deszczu na rowerze?” – pomyślało 160 zapalonych rowerzystów walczących o swoje rowerowe prawa w Krakowie, którzy zadeklarowali swój udział w ostatniej Masie Krytycznej i nie przyszli.

Herbata średnio pomaga, bo przy połykaniu śliny masz wrażenie, że w gardle wyrosły Ci Pireneje ze spływającą w kotlinach lawą. Nie masz jednak wyjścia i dajesz ślinie wolny wybór, niech spływa którędy chce. I tak wszędzie boli.

Godzina piętnasta, najwyższy czas na obiad. Lecisz do sklepu w chustce na szyi, żeby kupić kurczaka i zieloną paprykę. Po powrocie do domu okazuje się, że palniki wciąż nie działają, a Twoje zapasy ryżu i kaszy kus-kus zjadły mole spożywcze. Wzdychasz ciężko i myślisz, że nie stać Cię nie utrzymywanie kolejnych 45 członków rodziny, którzy w dodatku chowają się gdzieś po szafkach i wpieprzają Twoje rzeczy bez żadnego pardonu. Wzdychasz raz jeszcze i przełykasz śli… Lawę, która drąży pirenejskie kotliny coraz głębiej.

Zdajesz sobie sprawę, że z tyłu głowy na wygodnej kanapie, ba, być może jest to nawet komplet wypoczynkowy wraz z fotelami z białej skóry ekologicznej, siedzi dziwny smutek i bezsens istnienia. Nie masz czym spróbować odpalić palnika i usmażyć kurczaka, bo okazało się, że nie działają też domowe zapalarki do gazu.

Rozglądasz się po kątach w poszukiwaniu Dziewczynki z Zapałkami. Widzisz tylko ziemniaki i mole spożywcze. Przełykasz śli…

Lawę. Nazywajmy rzeczy po imieniu.

Nie masz wyjścia i lecisz do sklepu raz jeszcze i teraz nie zapinasz płaszcza w ramach kary dla Wszechświata za taki obrót sprawy. Zmieniasz zdanie za rogiem, kiedy wiatr dmucha Ci prosto w twarz i wlatuje do gardła robiąc z Twoich Pirenejów „Przeminęło z wiatrem”, tylko że tak naprawdę to zostało, a nie przeminęło. Masz wrażenie że na zawsze.

Pytasz o zapałki, a tymczasem zapałek nie ma. Kompletnie wylatuje Ci z głowy, że istnieje coś takiego jak wspaniały wynalazek Johanna Wolfganga Döbereinera z 1823 roku – powszechnie zwany zapalniczką. W końcu jednak jako taki pomyślunek wykopał z kompletu wypoczynkowego Twojego umysłu smutek i dokonałeś zakupu w Żabce za 2 złote. Bez jednego grosza oczywiście.

Wracasz do domu, odpalasz palniki, smażysz kurczaka i zieloną paprykę i nie możesz się doczekać, aż wreszcie coś zjesz. Z godziny piętnastej zrobiła się bowiem osiemnasta trzydzieści.Tak więc ślinka dla odmiany nie spływa Ci lawą w głąb gardła, ale cieknie na zewnątrz w odpowiedzi na aromatyczne kuchenne zapachy.

Po obiedzie postanawiasz się zdrzemnąć, ale okazuje się, że nie chce Ci się spać. Myślisz „e, spoko”, a wykopane z wypoczynku smutek z bezsensem istnienia w tej samej sekundzie nokautują pomyślunek i znów rozsiadają się wygodnie. Myślisz, że w sumie wszystko gra, że nic się konkretnego nie dzieje, ale jednak Twoje życie nieuchronnie zmierza ku zagładzie. I już pal sześć Pireneje, z bólem gardła da się żyć! A bez sensu już nie!

Leżysz i rozkminiasz. A im dłużej rozkminiasz, tym jest gorzej, bo okazuje się, że uczucie głodu wcale nie było przyczyną Twoich głębokich westchnień i rozkojarzenia egzystencjalnego. Pomyślunek resztkami sił dosięga smutku, patrzy mu prosto w oczy i mówi coś przez zęby.

Nie musisz już nawet słyszeć, co, bo nagle sam na to wpadasz.

Dziś jest, kurnia, niedziela.