Jak wyleczyć przeziębienie?

photo-1422433555807-2559a27433bd

Zaczęliśmy jesień, do której samej w sobie nie mam kompletnie nic, a wręcz po cichu bardzo ją lubię za fajne płaszcze z lumpeksu, złote liście, nowy sezon The Big Bang Theory i gorącą czekoladę konsystencji budyniu. Pojawia się tu jednak jeden aspekt, który zepsuć może wizję najlepszego ciucha za złotówkę i, co gorsze, a wręcz powiecie pewnie, że niemożliwe, ale jednak – pianki marshmallow pływające w czekoladzie.

Aspekt ten ma na imię przeziębienie. (Napisałam je z małej litery całkiem celowo – po prostu nie mam do niego ani krzty zrozumienia i szacunku! A niech spada!)

Szczery szacun dla Was, jeśli jeszcze się nie pochorowaliście, bo połowa moich znajomych boryka się od jakichś dwóch tygodni z co najmniej jednym objawem jesiennej choroby. Jeśli jednak chodzicie na uczelnię, do pracy, do szkoły, a nawet do Lewiatana pod blok, gdzie przychodzą same staruszki, które przeżyły już 85 lat, więc przeziębienia ich nie biorą, bo się boją, to istnieje szalenie duże prawdopodobieństwo, że jednak coś złapiecie.

A jeśli nigdzie nie chodzicie, bo pracujecie w domu, a ze swoimi ziomkami gadacie tylko i wyłącznie na fejsie (możecie przy okazji wpaść i pogadać też ze mną!) albo w ochronnej maseczce chirurgicznej, to też nie chojrakujcie, bo okaże się, że na kartonie mleka, który kupiła Ci dziewczyna, znajduje się mały słodki wirusik.

Ja właśnie chojrakowałam i dokładnie 2 dni temu o tej porze skumałam, że w gardle wyrosły mi Pireneje i zalała je lawa.

ALE!

Przeprowadziłam swój sprawdzony zmasowany atak i z zadowoleniem stwierdzam, że mój organizm to docenił i dziś czuję się już dużo lepiej. Z tej okazji postanowiłam pokazać Wam, jak to zrobić, bo chorowanie nie jest fajne, a jak się rozkręci, to jeszcze wylądujecie u lekarza i będziecie musieli wydać kupę hajsu na antybiotyk. I probiotyk. Dobra, ten akurat nie jest aż taki drogi, ale myślę, że znacie i łapiecie temat.

Możliwe, że większość tych magicznych sztuczek jest Wam znanych, ale może zapomnieliście albo myślicie, że to głupie gadanie jak te na Kafeterii (Gripex? Jaaasne! Życzę powodzenia!).

Dobra, jedziemy, oto…

10 kroków zmasowanego ataku na przeziębienie

1. Ciepło

Nie ma mowy, żebyście się wyleczyli, kiedy jest Wam zimno. Organizm, zamiast walczyć z infekcją, będzie zużywał wówczas całe swoje siły witalne na rozgrzanie. Zdejmij mu więc z barków ten obowiązek i ubierz się, okręć kocem, na nogi załóż polarowe skarpetki z Wigilii 2013, a pod plecy zaaplikuj ciepły termofor. Możesz też oczywiście siedzieć w podkoszulku, bokserkach i sombrero, jeśli Cię to odpowiednio rozgrzewa, ale rozgrzany mózg myślący o wakacjach w Meksyku kiedy już faktycznie złapałeś przeziębienie – raczej, kurde, nie wystarczy. Chociaż…

2. Zajmij się czymś, co sprawia Ci radość

Sam ciepły mózg nie wystarczy, ale na pewno pomoże. Robiąc to, co lubimy najbardziej, pobudzamy nasz organizm do produkcji pozytywnych hormonów, które poprawiają nasze samopoczucie i sprawiają, że czujemy się lepiej od strony psychicznej. Włącz więc najnowszą płytę Rojka, zacznij po raz siedemdziesiąty szósty „Dziennik Bridget Jones” albo zrób kolejny słoiczek ogórków w zalewie octowej. Myśl o sobie dobrze i sprawiaj sobie radość – masz 100% mojej gwarancji, że gapiąc się w ścianę i myśląc o sytuacji politycznej na Wschodzie, na pewno nie poprawi się Twoje samopoczucie. No, chyba że ściany i polityka Wschodu są Twoją pasją, więc może zostanę przy 99%.

3. Pij 5 razy więcej niż zwykle

Serio. Ale nie alkoholu. Alkoholu w ogóle nie pij, bo, jak zapewne wiesz, wypłukuje on z organizmu wodę, a ona akurat bardzo Ci się teraz przyda. Rób sobie herbatę za herbatą albo sącz wodę niegazowaną z dużą ilością tych fajnych składników mineralnych. Nawodniony organizm jest bardziej sprawny i będzie przypominał taki nieprzeziębiony. A później po prostu się taki stanie i znów będzie można chojrakować!
Jeśli chodzi o herbatę, to najlepiej z pełnym plasterkiem świeżej cytryny i łyżką miodu lub malin. Dla niebojących się wyzwań polecam również dodanie kilku (7-9) kropel Amolu – jego aromat przy okazji pomoże odetkać pękający w szwach nos. Jeśli chodzi o cukier zamiast miodu, to jest on raczej jest do bani w walce z przeziębieniem. Już lepiej sól, bo…

4. Płukanie gardła działa cuda

Jest to najlepszy, sprawdzony przeze mnie sposób na odkażenie piekącego gardła. Pełna dezynfekcja i minimalne koszty. Fakt, że woda z solą smakuje jak Morze Czerwone, ale można to obrócić na naszą korzyść – przy płukaniu gardła zamknij oczy i wyobraź sobie, że jesteś na wakacjach i właśnie zakrztusiłeś się Morzem Czerwonym! Prawda, że super? Dobra, zapomnijmy o tym. Znaczy o Morzu Czerwonym, a nie wodzie z solą, bo to naprawdę działa – Pireneje znikają w oczach!

5. Masaż wodą

O braniu kąpieli bądź prysznica mówimy oczywiście tylko wówczas, kiedy czujesz się na siłach. Jeśli jest Ci tak zimno, że przeraża Cię ściągnięcie chociażby jednej warstwy z 4 polarów i 3 par dresów, to sobie odpuść i po prostu przeskocz ten punkt i obczaj następny krok, gdzie dowiesz się, jak spokojnie zasnąć, kiedy i nos zatkany, i łeb Ci pęka.
Kiedy jednak czujesz, że ciepła (a w sumie to bardzo ciepła) woda to coś, czego potrzebujesz, to nie zapomnij zrobić sobie masażu gardła. Polewaj szyję dość ciepłym strumieniem wody aż poczujesz, że Pireneje się zaczynają rozpuszczać. Albo że zaraz wykorzystasz cały bojler i Twoja współlokatorka Cię zabije, bo chciała jeszcze umyć głowę przed randką życia. Wtedy możesz pominąć resztę kroków zmasowanego ataku, bo nie ma już dla Ciebie żadnego ratunku.

6. Stop gołej szyi

Jeśli szaliki gryzą Cię w szyję, a w chustce wyglądasz jak kretyn, to bardzo mi przykro, ale nie rusza mnie to. Musisz mieć to gdzieś, posmarować sobie szyję (od strony gardła) czymś rozgrzewającym i owinąć ją czymś ogrzewającym. Ja zazwyczaj stawiam na maść Vicks VapoRub lub klasyczny Amol, który jest totalnie najlepszy do stosowania zarówno wewnątrz (herbata), jak i na zewnątrz. Jeśli do tego bolą Cię mięśnie czegokolwiek – np. pleców, jak to u mnie często bywa – tam również się posmaruj. Lub zleć smarowanie. (Lucky you!)

Pro tip: najlepiej zrób to przed snem i szczelnie zapakuj się pod kołdrę – czując działanie i zapach smarowidła zaśniesz w try miga.

7. Staraj się jeść

Słuchaj, jesteś przeziębiony, więc nawet jeśli masz pięćdziesiąty dzień pięćdziesięciodniowego wyzwania z Ewą Chodakowską i zjedzenie czegoś więcej niż sałatki z sałaty i kiełków popitej przefiltrowaną wodą z czajnika Brita oznacza koniec Twojej kariery przyszłego trenera fitnessu – i tak musisz to zrobić. Mówię Ci szczerze. Oszczędzanie się w jedzeniu i niedostarczanie organizmowi odpowiedniej porcji witamin zawartych w pełnowartościowym śniadaniu, obiedzie i kolacji (i przekąskach!) nie pomoże Ci wyzdrowieć. Nawet jeśli nie masz apetytu (a jest duża szansa, że nie masz i się z tego cieszysz), to udaj przed sobą, że masz i ugotuj sobie swoje ulubione kaloryczne danie. Wracamy tu w sumie trochę do kroku nr 2, w którym była mowa, żeby robić fajne rzeczy. A jedzenie przecież jest super fajne!

8. Mikstura na zdrowe gardło

Zrób sobie gorące mleko z łyżeczką miodu, połową łyżeczki masła i ząbkiem czosnku – smakuje bardzo intensywnie i czasem nie da się tego pić, ale możesz zatkać nos – wtedy nie będziesz czuć smaku. Ma to genialne działanie odkażająco-rozgrzewająco-kurujące, a w Twoim gardle będzie wtedy tak. Uwierz mi, ono to uwielbia!

Pro tip: jeśli serio zdecydujesz się na picie z zatkanym nosem, to nie odtykaj go tak od razu. Zresztą, możliwe, że tak czy siak masz zatkany!

9. Świeże powietrze i oczyszczanie atmosfery

Nie, nie mówię tu o wychodzeniu na poranny jogging na Błoniach. Mówię o wietrzeniu pokoju, w którym najwięcej przebywasz. Słodki wirusik krążący wokół Ciebie bardzo nie lubi świeżego powietrza, które mąci mu w planach. Oprócz tego jeśli masz katar i nieustannie zużywasz kolejne chusteczki – nie trzymaj ich w pokoju przez długi czas. Zbieraj je wszystkie do jednej reklamówki, a po godzinie lub dwóch – zawiąż szczelnie i wyrzuć do śmieci. Twój wirusik Cię za to znienawidzi.

10. Nie broń się przed lekarstwami

Jeśli domowe metody nie działają, nie bądź głupi i po prostu wypij Theraflu. Albo popsikaj gardło Gardloxem. A jeśli czujesz, że zmasowany atak zawodzi i bierze Cię coś poważnego, to natychmiast zasuwaj do lekarza – a już najlepiej zamów wizytę domową. Powiem Ci coś – ze zdrowiem naprawdę nie warto zadzierać. Tym razem daję Ci już okrągłe 100% mojej gwarancji na to, że zdrowie jest arcyważne i jeśli się zepsuje przez jakieś durne powikłania po niedoleczonym zapaleniu gardła – przestanie Cię obchodzić, że Aśka z roboty zarabia tysiaka więcej od Ciebie chociaż nic nie robi, a młodszy brat pobił Ci półmetrową szklaną replikę Gwiazdy Śmierci.

Będzie się liczyć tylko to, żebyś wyzdrowiał.

I tego właśnie Ci teraz i na przyszłość życzę,
sign

 

 



Bajka o końcu tygodnia

2015-09-Life-of-Pix-free-stock-photos-beach-cabanne-sea-fresonneveld (1)

Budzisz się i myślisz „e, spoko”. Masz przed sobą cały dzień, w sumie nic konkretnego do zrobienia. Wszystko na totalnym luzie, nawet pasów nie trzeba zapinać, bo jedyne, co Cię może dziś zaskoczyć, to ostudzona herbata, o której zapomniałeś przy śniadaniu.

Które, notabene, zjadłeś w zwolnionym tempie, bo przecież wolny dzień, czilaks, kto się spieszy, ten i tak się spóźnia i tak dalej. A zresztą Ty się nie musisz spieszyć, bo w końcu nic się nie dzieje i jak dobrze pójdzie, to nawet bez mycia głowy się obędzie.

(Kurde, nie no, trzeba jednak umyć, nie zapędzajmy się.)

Siedzisz więc w turbanie z ręcznika na głowie przed kompem, ściągasz najnowszy odcinek jakiegoś spoko serialu, który odkryłeś bardzo niedawno i wszystkim o nim opowiadasz, o już jest, bo miał fajne seedy, lajtowo. No i oglądasz. Niestety okazuje się, że napisy się nie dopasowały i zapieprzają nie wiadomo gdzie bez ładu i składu, więc musisz ściągnąć inne. Dobra. Odcinek trwa 42 minuty i 37 sekundy, akurat przez tyle czasu włosy wyschną Ci na wiór pod ręcznikiem i będziesz mógł szybcikiem dobić je suszarką. Hm, napisy wciąż nie współpracują, oglądasz więc po angielsku. Trwa to 53 minuty i 15 sekund, bo co chwilę wklepujesz nowe słowa do Google Translate, żeby skumać kontekst jakiegoś dialogu. Włosy wyschły, a raczej uschły. Ręcznik odpadł sam.

Postanawiasz wylać ostudzoną herbatę ze śniadania i zrobić sobie nową. Z miodem i cytryną, bo właśnie zauważyłeś, że boli Cię gardło po wczorajszym slalomie na rowerze w deszczu. „A kto to słyszał jeździć w deszczu na rowerze?” – pomyślało 160 zapalonych rowerzystów walczących o swoje rowerowe prawa w Krakowie, którzy zadeklarowali swój udział w ostatniej Masie Krytycznej i nie przyszli.

Herbata średnio pomaga, bo przy połykaniu śliny masz wrażenie, że w gardle wyrosły Ci Pireneje ze spływającą w kotlinach lawą. Nie masz jednak wyjścia i dajesz ślinie wolny wybór, niech spływa którędy chce. I tak wszędzie boli.

Godzina piętnasta, najwyższy czas na obiad. Lecisz do sklepu w chustce na szyi, żeby kupić kurczaka i zieloną paprykę. Po powrocie do domu okazuje się, że palniki wciąż nie działają, a Twoje zapasy ryżu i kaszy kus-kus zjadły mole spożywcze. Wzdychasz ciężko i myślisz, że nie stać Cię nie utrzymywanie kolejnych 45 członków rodziny, którzy w dodatku chowają się gdzieś po szafkach i wpieprzają Twoje rzeczy bez żadnego pardonu. Wzdychasz raz jeszcze i przełykasz śli… Lawę, która drąży pirenejskie kotliny coraz głębiej.

Zdajesz sobie sprawę, że z tyłu głowy na wygodnej kanapie, ba, być może jest to nawet komplet wypoczynkowy wraz z fotelami z białej skóry ekologicznej, siedzi dziwny smutek i bezsens istnienia. Nie masz czym spróbować odpalić palnika i usmażyć kurczaka, bo okazało się, że nie działają też domowe zapalarki do gazu.

Rozglądasz się po kątach w poszukiwaniu Dziewczynki z Zapałkami. Widzisz tylko ziemniaki i mole spożywcze. Przełykasz śli…

Lawę. Nazywajmy rzeczy po imieniu.

Nie masz wyjścia i lecisz do sklepu raz jeszcze i teraz nie zapinasz płaszcza w ramach kary dla Wszechświata za taki obrót sprawy. Zmieniasz zdanie za rogiem, kiedy wiatr dmucha Ci prosto w twarz i wlatuje do gardła robiąc z Twoich Pirenejów „Przeminęło z wiatrem”, tylko że tak naprawdę to zostało, a nie przeminęło. Masz wrażenie że na zawsze.

Pytasz o zapałki, a tymczasem zapałek nie ma. Kompletnie wylatuje Ci z głowy, że istnieje coś takiego jak wspaniały wynalazek Johanna Wolfganga Döbereinera z 1823 roku – powszechnie zwany zapalniczką. W końcu jednak jako taki pomyślunek wykopał z kompletu wypoczynkowego Twojego umysłu smutek i dokonałeś zakupu w Żabce za 2 złote. Bez jednego grosza oczywiście.

Wracasz do domu, odpalasz palniki, smażysz kurczaka i zieloną paprykę i nie możesz się doczekać, aż wreszcie coś zjesz. Z godziny piętnastej zrobiła się bowiem osiemnasta trzydzieści.Tak więc ślinka dla odmiany nie spływa Ci lawą w głąb gardła, ale cieknie na zewnątrz w odpowiedzi na aromatyczne kuchenne zapachy.

Po obiedzie postanawiasz się zdrzemnąć, ale okazuje się, że nie chce Ci się spać. Myślisz „e, spoko”, a wykopane z wypoczynku smutek z bezsensem istnienia w tej samej sekundzie nokautują pomyślunek i znów rozsiadają się wygodnie. Myślisz, że w sumie wszystko gra, że nic się konkretnego nie dzieje, ale jednak Twoje życie nieuchronnie zmierza ku zagładzie. I już pal sześć Pireneje, z bólem gardła da się żyć! A bez sensu już nie!

Leżysz i rozkminiasz. A im dłużej rozkminiasz, tym jest gorzej, bo okazuje się, że uczucie głodu wcale nie było przyczyną Twoich głębokich westchnień i rozkojarzenia egzystencjalnego. Pomyślunek resztkami sił dosięga smutku, patrzy mu prosto w oczy i mówi coś przez zęby.

Nie musisz już nawet słyszeć, co, bo nagle sam na to wpadasz.

Dziś jest, kurnia, niedziela.