Miesiąc: Październik 2017

Prawdziwych przyjaciół nie poznaje się w biedzie

Rozdział 1

Zdarzyło się tak, że w jednym takim miejscu na świecie żyła sobie drużyna jeży. Drużyna, jak to drużyna, trzyma się razem i nigdy nie puszcza. Zapytacie może, ile w tej drużynie było dokładnie tych jeży, ale tego niestety nie wiem. Na szczęście nie ma to większego wpływu na przebieg historii, więc kto się nie boi, może czytać dalej.

Drużynie żyło się generalnie całkiem dobrze i każdy z jeży wiódł stabilną, podobną do wszystkich innych i dość przewidywalną codzienność, co jednak wpędzało je w przyjemny nastrój komfortu i poczucia bezpieczeństwa. Pociechą zawsze były pozostałe jeże, które w każdej chwili gotowe były przyjść na ratunek – kiedy stało się coś nagłego, zwykle nieprzyjemnego, bo w końcu po co w sumie ratować kogoś z sytuacji przyjemnej.

Aczkolwiek z jeżami to akurat nigdy nic nie wiadomo.

Rozdział 2

Tak czy siak pewnego razu jeden z jeży stracił wszystkie kolce. Tak zupełnie bez ostrzeżenia, że nawet się w żaden środek zapobiegawczy nie zdążył zaopatrzyć. Po prostu zanim się obejrzał, to kolców już nie miał. Co więcej, nie mógł ich sobie nawet przykleić, bo wszystko rozkradły mrówki. Ponoć potrzebowały oszczepów, żeby trenować do olimpiady. Widzieliście kiedyś mrówki na olimpiadzie? No ja właśnie też nie, dlatego z tymi oszczepami to pewnie ściema grubymi nićmi szyta, ale co poradzić – tylko tyle wiem.

Jeż ten popadł w depresję, bo nie dość, że nie miał jak zgarnąć co lepszych kąsków spod drzewa, to jeszcze wyglądał maksymalnie głupio i wszystkie pozostałe zwierzęta się z niego śmiały. Na szczęście miał swoją drużynę, która każdego dnia bardzo biedaka żałowała i zorganizowała nawet leśną zbiórkę igieł sosny, aby móc je mu następnie przeszczepić, ale nikt nie przyszedł. Tym bardziej jednak bezkolcowy jeż doceniał swoich druhów, którzy stanowili teraz nieopisane oparcie i pomoc w trudnych chwilach. Wieczorami siadał na swoim ulubionym kamieniu, patrzył na zachód słońca i myślał, że jest maksymalnym szczęściarzem, bo nie każdy jeż na świecie ma takich wspaniałych przyjaciół, którzy poświęcali mu każdą wolną chwilę, aby czuł się choć trochę lepiej, mimo że nie mógł im już dorównać.

Rozdział 3

Minęło kilka lat, a dokładnie około szesnastu. Była godzina szósta trzy, kiedy bezkolcowy jeż obudził się jak zwykle na swym ulubionym kamieniu, aby rozpocząć kolejny dzień ze swoją ułomnością. I kiedy jak zwykle przeciągał się tak, że aż zrobił fikołka do tyłu, poczuł na plecach dziwny opór. W pierwszym momencie przeraził się niezmiernie, bo pomyślał, że teraz, za kolcami, odpada mu kolejna część ciała (plecy), ale w rezultacie okazało się, że wyrosły mu skrzydła. Najzwyczajniej w świecie stał się skrzydłojeżem. Ewoluował do poziomu niedostępnego do tej pory dla żadnego z jeży.

Nie muszę dodawać (ale dodam), że od razu wypróbował swoje nowe umiejętności i zrobił parę kółek wokół lasu. Przepełniała go gigantyczna radość, którą postanowił podzielić się ze swoją drużyną. Zobaczył ją z góry, jak skrupulatnie układała sobie na kolcach kawałki jabłka, po czym zleciał prosto na nią i zaczął pokazywać, co nowego potrafi. Reszta drużyny patrzyła na niego z niedowierzaniem i zdawała się cieszyć się razem z nim, po czym szybko jednak dodała, że czas wracać do pracy i zobaczą się później, skoro on i tak nie może im się teraz do niczego przydać jako że kolców wciąż brak.

Rozdział 4

Skrzydłojeż na słowa o braku kolców na chwilę posmutniał, ale w sumie tylko na chwilę, bo przypomniał sobie, że dziś zaczął nowe życie. Uśmiechnął się więc do drużyny szeroko i wzbił się w powietrze z zamiarem poznania obłoków, ptaków, szczytów drzew i innych podniebnych cudów dostępnych tylko i wyłącznie dla skrzydlatych stworzeń. Co chwilę widział nowe miejsca i odkrywał rzeczy, o których wcześniej nie śnił. Nie mógł się doczekać aż wszystkim się nacieszy, a następnie opowie o tym swojej drużynie, która była z nim od zawsze i na zawsze. Fruwał sobie tak cały dzień aż wieczorem zleciał na ziemię i stawił się na drużynowe ulubione miejsce, gdzie codziennie wszyscy się spotykali aby pogawędzić o minionym dniu.

Wyobraźcie sobie jego zdziwienie, kiedy na miejscu nie było nikogo, chociaż zwykle nie spóźniał się nikt. Zdziwienie było ogromne, ale zaufanie do drużyny jeszcze większe – pomyślał sobie od razu, że wszyscy byli bardzo zmęczeni, poszli wcześniej spać i na pewno spotkają się jutro.

Skrzydłojeż przylatywał w umówione miejsce każdego dnia, przez długi czas, ale drużyny tam nie było. A kiedy szybował nad drzewami i widział, jak jeże zbierają jabłka, to ze smutkiem zauważał, że żaden z nich nie reagował na jego wesołe okrzyki i zachętę do zabawy. Po paru dniach zaczęli się wręcz przed nim chować, a plotka leśna głosi, że ustalili w tajemnicy inne sekretne miejsce spotkań…

***

Wiecie, co ma piernik do wiatraka, a w sumie skrzydłojeż do braku kolców?

Po prostu prawdziwych przyjaciół poznaje się nie w biedzie, ale wtedy, kiedy coś nam się w życiu uda.

I tylko takiej drużyny Wam życzę. Inne to strata czasu.

 

 

 

 

EPILOG

Dla wszystkich, którzy się martwią, że Skrzydłojeż zapłakał się na śmierć po drużynowym odtrąceniu – żyje, czuje się świetnie i ma wokół siebie mnóstwo jeży, którzy kibicują mu na podniebnych zawodach. Wszyscy przesyłają Wam skrzydlate buziaki.



Dlaczego kochamy jesień za kocyk i herbatę?

Zastanówmy się przez chwilę, co sprawia, że nazywamy jakieś miejsce domem. U mnie wygląda to następująco:

1. W domu bez pytania otwieram lodówkę.

A w dodatku mniej więcej orientuję się, na której półce znajdę kiszone, a na której zakamuflowaną puszkę Cherry Coke.

2. W domu nie usuwam bezpiecznie sprzętu przez USB.

Nie ma tu miejsca na well-pc-known lans, jest samo życie. A samo życie w domu mówi mi, że ze strony mojego laptopa mi względnie nic nie grozi. (Piszę „względnie”, bo ostatnio przekonuję się, że najbardziej złośliwymi istotami żyjącymi są rzeczy martwe.)

3. W domu mam swój kocyk.

Taki, na którego widok miękną mi kolana, serce zamienia się w mały termoforek, a mózg w galaretkę. Taki, pod którym nic mi nie grozi i taki, który zawsze wybieram zamiast wyjścia na imprezę. Chociaż tutaj akurat dużych wymagań nie mam – kiedy, dajmy na to, do wyboru mam niewolniczą pracę przez rok za darmo dla producenta żelek anyżowych na stanowisku testera jakości produktu lub wyjście na imprezę, z całą dozą pewności jestem już w trakcie kupowania fartucha roboczego i czapki z daszkiem z napisem „I WILL TEST YOU SO BAD”.

W każdym razie widzicie, żadne tam automatyczne łączenie z wi-fi czy brak automatycznego wciągania brzucha na dzień dobry – po prostu lodówka, USB i kocyk. A wiecie, jakie określenie pasuje do tych trzech rzeczy? Jest to określenie – „parówka z ketchupem”. A tak naprawdę – „przytulność”.

Zaraz będzie ciemno, czyli co to ma wspólnego z jesienią

Jesień to taka sprytna pora, która pozwala mi na legalu przyjmować tę przytulność z należytym entuzjazmem. Jesienią nie jesteś lamusem, kiedy na pytanie „co robisz w piątek wieczorem?” odpowiesz „w piątek wieczorem jestem kocykowym burrito i czytam książki, a później obejrzę wszystkie seriale na Netflixie dodane w ostatnim miesiącu” (ej naprawdę dodali ich mnóstwo!!!). Jesteś jesiennym człowiekiem sukcesu.

Lato jest naprawdę super, ale dobrze, że nie trwa cały rok. Kocham pędzić i nadążać za światem i nie lubię sama przed sobą przyznać się, że czasem wcale mi się nie chce. Że jak się robi ciemno o tej dwudziestej drugiej, to chcę już iść do domu. „Ale przecież jest lato! Kurdę, szkoda trochę! Zostaję!”

A tymczasem…

… ciemność najlepiej wykorzystuje się właśnie jesienią. Jesień po prostu od tego jest. Zawijając się w kocyk i robiąc sobie 4 litry gorącej herbaty z cytryną, miodem i konfiturą malinową, mogę na legalu po prostu być w domu. Jesienią świat trochę zwalnia i kiedy ktoś mówi, że dziś jest dobry dzień na zapalenie lampki nocnej i słuchanie jak mruczy kot, a Ty odpowiadasz „tak! i do tego kocyk i herbatka”, to dzięki temu zostajecie przyjaciółmi na całe życie i zapisujecie sobie w testamencie swoje ulubione koszulki z superbohaterami, które pierzecie na 30 stopni na programie: Delikatne. Serio tak to działa.

Tak naprawdę każdy z nas codziennie chce wracać do swojej przytulności. Do lodówki, która nie zawsze zawiera w sobie to, co trzeba, bo czasem po prostu ją otwierasz i widzisz tylko światło, ale wtedy ktoś obejmuje Cię w pasie, całuje z tyłu szyi i mówi „zapomniałem zrobić zakupów, zamawiamy pizzę?”. Do starego laptopa, który zna na pamięć Twoje ulubione seriale i z pamięci otwiera karty, które ostatnio przeglądałeś. Do kocyka, który pachnie domem, chłodnym wieczorem, parą z gorącej herbaty i poczuciem, że masz pełne prawo siedzieć pod nim aż spokojnie zaśniesz.

A skoro spokojnie zaśniesz, to zwykle znaczy, że czujesz się bezpiecznie. Bezpieczeństwo jest bowiem cechą konieczną do osiągnięcia przytulności. Jest warunkiem, bez którego po prostu nie ma mowy o innych tajnych ficzerach domowej atmosfery.

Bo naprawdę fajnie jest wychodzić ze swoich licznych stref komfortu, sięgać tam, gdzie wzrok nie sięga i codziennie realizować niemożliwe cele, ale fajnie jest też po prostu bez pardonu i poczucia zmarnowanego wieczoru usiąść pod kocykiem z herbatą.

„Nie ma za co” – jesień.