5 rzeczy, których nauczył mnie wypadek i uraz kolana

 

Nigdy nie zapomnę tego dziwnego uczucia, które miałam w sobie w chwili, gdy ocierałam się o prawy bok wyprzedzającego mnie złotego samochodu kombi. Wiedziałam, że nic nie jestem w stanie zrobić, a mój różowy rower jedzie sam – ja tylko trzymam kierownicę. Bo trzymałam do samego końca i puściłam dopiero wtedy, kiedy uderzyłam całym ciężarem swojego wystraszonego ciała o asfalt. Przenosząc cały ten ciężar na lewe kolano.

Prawą ręką zerwałam sobie z twarzy maskę antysmogową, bo autentycznie nie mogłam złapać oddechu – w tym momencie słaba jakość poznańskiego powietrza miała dla mnie zerowe znaczenie. Lewą próbowałam zdjąć z nogi tylne koło rowerowe, które dodatkowo dociskało kolano do ubłoconej ziemi.

Kątem oka zobaczyłam, jak złote auto dojeżdża do kolejnego skrzyżowania i przejeżdża na zielonym tak, jak gdyby właśnie uratowało życie jakiemuś szczeniaczkowi przywiązanemu do drzewa w lesie. Albo nie spowodowało wypadku, w wyniku którego rowerzysta nie może wstać z ulicy.

***

Pogoda była paskudna. Rano zacinało po skosie, więc przyszłam do pracy cała mokra. Pamiętam, że siedziałam owinięta szaliko-kocem i wypiłam 3 gorące herbaty – jedną po drugiej. Cały czas było mi zimno, bo spodnie nie chciały schnąć, a głowie pulsowała myśl, żeby tylko się nie rozchorować przed świętami.

Można powiedzieć, że swoje zrobiłam – szok pourazowy skutecznie przegonił wszystkie potencjalne wirusy i do tej pory nie miałam nawet kataru, a po drodze wszyscy moi bliscy zdążyli przejść przeziębienie. Właśnie – przejść. I tego chodzenia najbardziej wszystkim zazdrościłam.

Nie zliczę, ile razy płakałam przed snem na samą myśl o tym, że mogę nie wrócić do pełnej sprawności. Że nie będę mogła jeździć na rowerze, że już nigdy nie pójdę na fitness, że nie będę mogła dźwigać nie obciążając przy tym kręgosłupa, a przecież to właśnie silne kolana pomagały mi zawsze chronić plecy od niepotrzebnego wysiłku. Do tego wszystkiego, paradoksalnie, najbardziej szkoda było mi rzeczy, której nigdy nie lubiłam robić. I zarzekałam się, że nigdy nie zrobię, bo przecież to musi być okropne – lubić to i robić to, bo się chce.

Bieganie.

Przez pierwsze 3 tygodnie, kiedy chodziłam najpierw o kuli, a później w ortezie stabilizującej – z największą zazdrością patrzyłam na ludzi, którzy biegną. Zarówno na takich w sportowych strojach, jak i na 50-letnią kobietę biegnącą na tramwaj. Na dzieciaki ganiające się po parku. Chłopaka w moim wieku, który nie mógł się doczekać spotkania z blondynką idącą w jego stronę.

Myślałam sobie, że jakie to jest cholernie niesprawiedliwe, że masz okazję biegać maratony i góry przenosić, a totalnie tego nie robisz, aż tu nagle pewnego dnia wyprzedza Cię złote auto i nie zachowuje bezpiecznej odległości, zwyczajnie rozwalając Ci kolano. Cholernie niesprawiedliwe jest opóźnienie w myśleniu i zbyt mała zdolność wyobrażenia sobie pewnych sytuacji. Cholernie niesprawiedliwe jest lenistwo i przywiązanie do tego, ze przecież zawsze mogę zacząć trenować do tego maratonu.

Teraz, kiedy to piszę, minął miesiąc i kilka dni od wypadku. Dziś pierwszy raz od tamtego dnia wsiadłam na rower i przejechałam 6 kilometrów do pracy i z powrotem. Na głowie miałam kask pierwszy raz od jakichś 15 lat, kiedy uczyłam się jeździć na rolkach, które tata przywiózł mi z Niemiec. Miałam wiele okazji, żeby zjechać z chodnika na ulicę, ale nie zrobię tego jeszcze długo. Wolę jechać dłużej, wysłuchiwać narzekań pieszych na cholernych rowerzystów i ewentualnie dostać mandat od Straży Miejskiej. Wszystko jest lepsze od tego dziwnego uczucia, które pojawia się, gdy nie jesteś już w stanie nic zrobić i nie wiesz, która część ciała pierwsza dotknie chropowatej powierzchni asfaltu.

***

  1. Jeśli możesz – biegaj. Nawet 100 metrów dziennie. Dotlenisz organizm i chociaż trochę wzmocnisz płuca. Jeśli nie zapomnisz – przypomnij sobie, jak zajebiście jest móc przenosić ciężar ciała z jednego kolana na drugie. Bo nie każdy może tak zrobić.
  2. Reaguj. Jeśli widzisz, że ktoś na drodze potrzebuje pomocy – podejdź, zapytaj czy możesz coś dla niego zrobić. Mnie po moim wypadku pomogły aż 4 przypadkowe osoby. Ilość ciepła, jaką kieruję w ich stronę na samą myśl o tamtym dniu, powinna codziennie trafiać do każdego serca.
  3. Doceniaj swoich najbliższych, którzy budzą się w nocy, żeby sprawdzić czy u Ciebie wszystko w porządku. Bądź osobą, która wspiera i budzi się w nocy dla kogoś. Przecież nie ma nic milszego jak poświęcić komuś chwilę swojego snu.
  4. Nie chojrakuj. Jeżdżę rowerem 365 dni w roku, od 6 lat. Rzadko miewam dni, w których nie wyciągam roweru chociaż na chwilę. Można powiedzieć, że to moja kolejna kończyna. I właśnie dlatego byłam pewna, że nic mi na ulicy nie grozi. Czy śnieg, czy deszcz – spoko. Byłam przekonana, że dam sobie radę zawsze, bo przecież ludzie mnie widzą. Widzą, że jadę. Tylko że to za mało.
  5. Dziękuj za to, co masz. Najbanalniejsza rzecz na świecie – „zawsze mogło być gorzej” – sprawdziła się u mnie w 100%. Mogłam uderzyć o asfalt głową. Mogłam przelecieć przez kierownicę i spaść na kręgosłup. Mogłam coś sobie złamać. Mogło po mnie przejechać kolejne auto. Mogłam wbić sobie w nogę element roweru. Naprawdę wiele mogłam. A tymczasem moje kolano, z podejrzenia o uszkodzenie łąkotki, przeszło do nieinwazyjnego stłuczenia i oprócz jazdy na rowerze, mogę już usiąść po turecku i wejść do wanny bez trzymania się kaloryfera.

I wszystko wskazuje na to, że jak tylko zrobi się cieplej, zaczynam biegać. Nie dla siebie. Dla mojego lewego kolana 🙂