2015-09-Life-of-Pix-free-stock-photos-beach-cabanne-sea-fresonneveld (1)

Budzisz się i myślisz „e, spoko”. Masz przed sobą cały dzień, w sumie nic konkretnego do zrobienia. Wszystko na totalnym luzie, nawet pasów nie trzeba zapinać, bo jedyne, co Cię może dziś zaskoczyć, to ostudzona herbata, o której zapomniałeś przy śniadaniu.

Które, notabene, zjadłeś w zwolnionym tempie, bo przecież wolny dzień, czilaks, kto się spieszy, ten i tak się spóźnia i tak dalej. A zresztą Ty się nie musisz spieszyć, bo w końcu nic się nie dzieje i jak dobrze pójdzie, to nawet bez mycia głowy się obędzie.

(Kurde, nie no, trzeba jednak umyć, nie zapędzajmy się.)

Siedzisz więc w turbanie z ręcznika na głowie przed kompem, ściągasz najnowszy odcinek jakiegoś spoko serialu, który odkryłeś bardzo niedawno i wszystkim o nim opowiadasz, o już jest, bo miał fajne seedy, lajtowo. No i oglądasz. Niestety okazuje się, że napisy się nie dopasowały i zapieprzają nie wiadomo gdzie bez ładu i składu, więc musisz ściągnąć inne. Dobra. Odcinek trwa 42 minuty i 37 sekundy, akurat przez tyle czasu włosy wyschną Ci na wiór pod ręcznikiem i będziesz mógł szybcikiem dobić je suszarką. Hm, napisy wciąż nie współpracują, oglądasz więc po angielsku. Trwa to 53 minuty i 15 sekund, bo co chwilę wklepujesz nowe słowa do Google Translate, żeby skumać kontekst jakiegoś dialogu. Włosy wyschły, a raczej uschły. Ręcznik odpadł sam.

Postanawiasz wylać ostudzoną herbatę ze śniadania i zrobić sobie nową. Z miodem i cytryną, bo właśnie zauważyłeś, że boli Cię gardło po wczorajszym slalomie na rowerze w deszczu. „A kto to słyszał jeździć w deszczu na rowerze?” – pomyślało 160 zapalonych rowerzystów walczących o swoje rowerowe prawa w Krakowie, którzy zadeklarowali swój udział w ostatniej Masie Krytycznej i nie przyszli.

Herbata średnio pomaga, bo przy połykaniu śliny masz wrażenie, że w gardle wyrosły Ci Pireneje ze spływającą w kotlinach lawą. Nie masz jednak wyjścia i dajesz ślinie wolny wybór, niech spływa którędy chce. I tak wszędzie boli.

Godzina piętnasta, najwyższy czas na obiad. Lecisz do sklepu w chustce na szyi, żeby kupić kurczaka i zieloną paprykę. Po powrocie do domu okazuje się, że palniki wciąż nie działają, a Twoje zapasy ryżu i kaszy kus-kus zjadły mole spożywcze. Wzdychasz ciężko i myślisz, że nie stać Cię nie utrzymywanie kolejnych 45 członków rodziny, którzy w dodatku chowają się gdzieś po szafkach i wpieprzają Twoje rzeczy bez żadnego pardonu. Wzdychasz raz jeszcze i przełykasz śli… Lawę, która drąży pirenejskie kotliny coraz głębiej.

Zdajesz sobie sprawę, że z tyłu głowy na wygodnej kanapie, ba, być może jest to nawet komplet wypoczynkowy wraz z fotelami z białej skóry ekologicznej, siedzi dziwny smutek i bezsens istnienia. Nie masz czym spróbować odpalić palnika i usmażyć kurczaka, bo okazało się, że nie działają też domowe zapalarki do gazu.

Rozglądasz się po kątach w poszukiwaniu Dziewczynki z Zapałkami. Widzisz tylko ziemniaki i mole spożywcze. Przełykasz śli…

Lawę. Nazywajmy rzeczy po imieniu.

Nie masz wyjścia i lecisz do sklepu raz jeszcze i teraz nie zapinasz płaszcza w ramach kary dla Wszechświata za taki obrót sprawy. Zmieniasz zdanie za rogiem, kiedy wiatr dmucha Ci prosto w twarz i wlatuje do gardła robiąc z Twoich Pirenejów „Przeminęło z wiatrem”, tylko że tak naprawdę to zostało, a nie przeminęło. Masz wrażenie że na zawsze.

Pytasz o zapałki, a tymczasem zapałek nie ma. Kompletnie wylatuje Ci z głowy, że istnieje coś takiego jak wspaniały wynalazek Johanna Wolfganga Döbereinera z 1823 roku – powszechnie zwany zapalniczką. W końcu jednak jako taki pomyślunek wykopał z kompletu wypoczynkowego Twojego umysłu smutek i dokonałeś zakupu w Żabce za 2 złote. Bez jednego grosza oczywiście.

Wracasz do domu, odpalasz palniki, smażysz kurczaka i zieloną paprykę i nie możesz się doczekać, aż wreszcie coś zjesz. Z godziny piętnastej zrobiła się bowiem osiemnasta trzydzieści.Tak więc ślinka dla odmiany nie spływa Ci lawą w głąb gardła, ale cieknie na zewnątrz w odpowiedzi na aromatyczne kuchenne zapachy.

Po obiedzie postanawiasz się zdrzemnąć, ale okazuje się, że nie chce Ci się spać. Myślisz „e, spoko”, a wykopane z wypoczynku smutek z bezsensem istnienia w tej samej sekundzie nokautują pomyślunek i znów rozsiadają się wygodnie. Myślisz, że w sumie wszystko gra, że nic się konkretnego nie dzieje, ale jednak Twoje życie nieuchronnie zmierza ku zagładzie. I już pal sześć Pireneje, z bólem gardła da się żyć! A bez sensu już nie!

Leżysz i rozkminiasz. A im dłużej rozkminiasz, tym jest gorzej, bo okazuje się, że uczucie głodu wcale nie było przyczyną Twoich głębokich westchnień i rozkojarzenia egzystencjalnego. Pomyślunek resztkami sił dosięga smutku, patrzy mu prosto w oczy i mówi coś przez zęby.

Nie musisz już nawet słyszeć, co, bo nagle sam na to wpadasz.

Dziś jest, kurnia, niedziela.