Kategoria: BAJKI

Prawdziwych przyjaciół nie poznaje się w biedzie

Rozdział 1

Zdarzyło się tak, że w jednym takim miejscu na świecie żyła sobie drużyna jeży. Drużyna, jak to drużyna, trzyma się razem i nigdy nie puszcza. Zapytacie może, ile w tej drużynie było dokładnie tych jeży, ale tego niestety nie wiem. Na szczęście nie ma to większego wpływu na przebieg historii, więc kto się nie boi, może czytać dalej.

Drużynie żyło się generalnie całkiem dobrze i każdy z jeży wiódł stabilną, podobną do wszystkich innych i dość przewidywalną codzienność, co jednak wpędzało je w przyjemny nastrój komfortu i poczucia bezpieczeństwa. Pociechą zawsze były pozostałe jeże, które w każdej chwili gotowe były przyjść na ratunek – kiedy stało się coś nagłego, zwykle nieprzyjemnego, bo w końcu po co w sumie ratować kogoś z sytuacji przyjemnej.

Aczkolwiek z jeżami to akurat nigdy nic nie wiadomo.

Rozdział 2

Tak czy siak pewnego razu jeden z jeży stracił wszystkie kolce. Tak zupełnie bez ostrzeżenia, że nawet się w żaden środek zapobiegawczy nie zdążył zaopatrzyć. Po prostu zanim się obejrzał, to kolców już nie miał. Co więcej, nie mógł ich sobie nawet przykleić, bo wszystko rozkradły mrówki. Ponoć potrzebowały oszczepów, żeby trenować do olimpiady. Widzieliście kiedyś mrówki na olimpiadzie? No ja właśnie też nie, dlatego z tymi oszczepami to pewnie ściema grubymi nićmi szyta, ale co poradzić – tylko tyle wiem.

Jeż ten popadł w depresję, bo nie dość, że nie miał jak zgarnąć co lepszych kąsków spod drzewa, to jeszcze wyglądał maksymalnie głupio i wszystkie pozostałe zwierzęta się z niego śmiały. Na szczęście miał swoją drużynę, która każdego dnia bardzo biedaka żałowała i zorganizowała nawet leśną zbiórkę igieł sosny, aby móc je mu następnie przeszczepić, ale nikt nie przyszedł. Tym bardziej jednak bezkolcowy jeż doceniał swoich druhów, którzy stanowili teraz nieopisane oparcie i pomoc w trudnych chwilach. Wieczorami siadał na swoim ulubionym kamieniu, patrzył na zachód słońca i myślał, że jest maksymalnym szczęściarzem, bo nie każdy jeż na świecie ma takich wspaniałych przyjaciół, którzy poświęcali mu każdą wolną chwilę, aby czuł się choć trochę lepiej, mimo że nie mógł im już dorównać.

Rozdział 3

Minęło kilka lat, a dokładnie około szesnastu. Była godzina szósta trzy, kiedy bezkolcowy jeż obudził się jak zwykle na swym ulubionym kamieniu, aby rozpocząć kolejny dzień ze swoją ułomnością. I kiedy jak zwykle przeciągał się tak, że aż zrobił fikołka do tyłu, poczuł na plecach dziwny opór. W pierwszym momencie przeraził się niezmiernie, bo pomyślał, że teraz, za kolcami, odpada mu kolejna część ciała (plecy), ale w rezultacie okazało się, że wyrosły mu skrzydła. Najzwyczajniej w świecie stał się skrzydłojeżem. Ewoluował do poziomu niedostępnego do tej pory dla żadnego z jeży.

Nie muszę dodawać (ale dodam), że od razu wypróbował swoje nowe umiejętności i zrobił parę kółek wokół lasu. Przepełniała go gigantyczna radość, którą postanowił podzielić się ze swoją drużyną. Zobaczył ją z góry, jak skrupulatnie układała sobie na kolcach kawałki jabłka, po czym zleciał prosto na nią i zaczął pokazywać, co nowego potrafi. Reszta drużyny patrzyła na niego z niedowierzaniem i zdawała się cieszyć się razem z nim, po czym szybko jednak dodała, że czas wracać do pracy i zobaczą się później, skoro on i tak nie może im się teraz do niczego przydać jako że kolców wciąż brak.

Rozdział 4

Skrzydłojeż na słowa o braku kolców na chwilę posmutniał, ale w sumie tylko na chwilę, bo przypomniał sobie, że dziś zaczął nowe życie. Uśmiechnął się więc do drużyny szeroko i wzbił się w powietrze z zamiarem poznania obłoków, ptaków, szczytów drzew i innych podniebnych cudów dostępnych tylko i wyłącznie dla skrzydlatych stworzeń. Co chwilę widział nowe miejsca i odkrywał rzeczy, o których wcześniej nie śnił. Nie mógł się doczekać aż wszystkim się nacieszy, a następnie opowie o tym swojej drużynie, która była z nim od zawsze i na zawsze. Fruwał sobie tak cały dzień aż wieczorem zleciał na ziemię i stawił się na drużynowe ulubione miejsce, gdzie codziennie wszyscy się spotykali aby pogawędzić o minionym dniu.

Wyobraźcie sobie jego zdziwienie, kiedy na miejscu nie było nikogo, chociaż zwykle nie spóźniał się nikt. Zdziwienie było ogromne, ale zaufanie do drużyny jeszcze większe – pomyślał sobie od razu, że wszyscy byli bardzo zmęczeni, poszli wcześniej spać i na pewno spotkają się jutro.

Skrzydłojeż przylatywał w umówione miejsce każdego dnia, przez długi czas, ale drużyny tam nie było. A kiedy szybował nad drzewami i widział, jak jeże zbierają jabłka, to ze smutkiem zauważał, że żaden z nich nie reagował na jego wesołe okrzyki i zachętę do zabawy. Po paru dniach zaczęli się wręcz przed nim chować, a plotka leśna głosi, że ustalili w tajemnicy inne sekretne miejsce spotkań…

***

Wiecie, co ma piernik do wiatraka, a w sumie skrzydłojeż do braku kolców?

Po prostu prawdziwych przyjaciół poznaje się nie w biedzie, ale wtedy, kiedy coś nam się w życiu uda.

I tylko takiej drużyny Wam życzę. Inne to strata czasu.

 

 

 

 

EPILOG

Dla wszystkich, którzy się martwią, że Skrzydłojeż zapłakał się na śmierć po drużynowym odtrąceniu – żyje, czuje się świetnie i ma wokół siebie mnóstwo jeży, którzy kibicują mu na podniebnych zawodach. Wszyscy przesyłają Wam skrzydlate buziaki.



Bajka o końcu tygodnia

2015-09-Life-of-Pix-free-stock-photos-beach-cabanne-sea-fresonneveld (1)

Budzisz się i myślisz „e, spoko”. Masz przed sobą cały dzień, w sumie nic konkretnego do zrobienia. Wszystko na totalnym luzie, nawet pasów nie trzeba zapinać, bo jedyne, co Cię może dziś zaskoczyć, to ostudzona herbata, o której zapomniałeś przy śniadaniu.

Które, notabene, zjadłeś w zwolnionym tempie, bo przecież wolny dzień, czilaks, kto się spieszy, ten i tak się spóźnia i tak dalej. A zresztą Ty się nie musisz spieszyć, bo w końcu nic się nie dzieje i jak dobrze pójdzie, to nawet bez mycia głowy się obędzie.

(Kurde, nie no, trzeba jednak umyć, nie zapędzajmy się.)

Siedzisz więc w turbanie z ręcznika na głowie przed kompem, ściągasz najnowszy odcinek jakiegoś spoko serialu, który odkryłeś bardzo niedawno i wszystkim o nim opowiadasz, o już jest, bo miał fajne seedy, lajtowo. No i oglądasz. Niestety okazuje się, że napisy się nie dopasowały i zapieprzają nie wiadomo gdzie bez ładu i składu, więc musisz ściągnąć inne. Dobra. Odcinek trwa 42 minuty i 37 sekundy, akurat przez tyle czasu włosy wyschną Ci na wiór pod ręcznikiem i będziesz mógł szybcikiem dobić je suszarką. Hm, napisy wciąż nie współpracują, oglądasz więc po angielsku. Trwa to 53 minuty i 15 sekund, bo co chwilę wklepujesz nowe słowa do Google Translate, żeby skumać kontekst jakiegoś dialogu. Włosy wyschły, a raczej uschły. Ręcznik odpadł sam.

Postanawiasz wylać ostudzoną herbatę ze śniadania i zrobić sobie nową. Z miodem i cytryną, bo właśnie zauważyłeś, że boli Cię gardło po wczorajszym slalomie na rowerze w deszczu. „A kto to słyszał jeździć w deszczu na rowerze?” – pomyślało 160 zapalonych rowerzystów walczących o swoje rowerowe prawa w Krakowie, którzy zadeklarowali swój udział w ostatniej Masie Krytycznej i nie przyszli.

Herbata średnio pomaga, bo przy połykaniu śliny masz wrażenie, że w gardle wyrosły Ci Pireneje ze spływającą w kotlinach lawą. Nie masz jednak wyjścia i dajesz ślinie wolny wybór, niech spływa którędy chce. I tak wszędzie boli.

Godzina piętnasta, najwyższy czas na obiad. Lecisz do sklepu w chustce na szyi, żeby kupić kurczaka i zieloną paprykę. Po powrocie do domu okazuje się, że palniki wciąż nie działają, a Twoje zapasy ryżu i kaszy kus-kus zjadły mole spożywcze. Wzdychasz ciężko i myślisz, że nie stać Cię nie utrzymywanie kolejnych 45 członków rodziny, którzy w dodatku chowają się gdzieś po szafkach i wpieprzają Twoje rzeczy bez żadnego pardonu. Wzdychasz raz jeszcze i przełykasz śli… Lawę, która drąży pirenejskie kotliny coraz głębiej.

Zdajesz sobie sprawę, że z tyłu głowy na wygodnej kanapie, ba, być może jest to nawet komplet wypoczynkowy wraz z fotelami z białej skóry ekologicznej, siedzi dziwny smutek i bezsens istnienia. Nie masz czym spróbować odpalić palnika i usmażyć kurczaka, bo okazało się, że nie działają też domowe zapalarki do gazu.

Rozglądasz się po kątach w poszukiwaniu Dziewczynki z Zapałkami. Widzisz tylko ziemniaki i mole spożywcze. Przełykasz śli…

Lawę. Nazywajmy rzeczy po imieniu.

Nie masz wyjścia i lecisz do sklepu raz jeszcze i teraz nie zapinasz płaszcza w ramach kary dla Wszechświata za taki obrót sprawy. Zmieniasz zdanie za rogiem, kiedy wiatr dmucha Ci prosto w twarz i wlatuje do gardła robiąc z Twoich Pirenejów „Przeminęło z wiatrem”, tylko że tak naprawdę to zostało, a nie przeminęło. Masz wrażenie że na zawsze.

Pytasz o zapałki, a tymczasem zapałek nie ma. Kompletnie wylatuje Ci z głowy, że istnieje coś takiego jak wspaniały wynalazek Johanna Wolfganga Döbereinera z 1823 roku – powszechnie zwany zapalniczką. W końcu jednak jako taki pomyślunek wykopał z kompletu wypoczynkowego Twojego umysłu smutek i dokonałeś zakupu w Żabce za 2 złote. Bez jednego grosza oczywiście.

Wracasz do domu, odpalasz palniki, smażysz kurczaka i zieloną paprykę i nie możesz się doczekać, aż wreszcie coś zjesz. Z godziny piętnastej zrobiła się bowiem osiemnasta trzydzieści.Tak więc ślinka dla odmiany nie spływa Ci lawą w głąb gardła, ale cieknie na zewnątrz w odpowiedzi na aromatyczne kuchenne zapachy.

Po obiedzie postanawiasz się zdrzemnąć, ale okazuje się, że nie chce Ci się spać. Myślisz „e, spoko”, a wykopane z wypoczynku smutek z bezsensem istnienia w tej samej sekundzie nokautują pomyślunek i znów rozsiadają się wygodnie. Myślisz, że w sumie wszystko gra, że nic się konkretnego nie dzieje, ale jednak Twoje życie nieuchronnie zmierza ku zagładzie. I już pal sześć Pireneje, z bólem gardła da się żyć! A bez sensu już nie!

Leżysz i rozkminiasz. A im dłużej rozkminiasz, tym jest gorzej, bo okazuje się, że uczucie głodu wcale nie było przyczyną Twoich głębokich westchnień i rozkojarzenia egzystencjalnego. Pomyślunek resztkami sił dosięga smutku, patrzy mu prosto w oczy i mówi coś przez zęby.

Nie musisz już nawet słyszeć, co, bo nagle sam na to wpadasz.

Dziś jest, kurnia, niedziela.