Doniczka pełna prestiżu

W życiu zdarzają się momenty ważne. Przełomowe. Takie, które czegoś nas uczą. Zmieniają postrzeganie świata. Napędzają do kolejnych działań. Pozwalają poczuć, że właśnie dla takich chwil się żyje. Czeka się na nie. A kedy już następują, wiadomo, że to właśnie to. Ten dzień. To wydarzenie, dzięki któremu słońce świeci jakby jaśniej, a taksówkarz ciepło pozdrawia kierowcę Ubera i oddaje mu 5 swoich kolejnych kursów.

Myślę, że wiecie, o jakim wydarzeniu mówię.

Tak, o warsztatach lepienia doniczek.

Zanim wyszłam z domu i (już w rowerowni) zorientowałam się, że zapomniałam klucza do zapięcia od różowego Amsterdama i na miejsce muszę jechać granatową Niveą, którą niedługo będę zmuszona zacząć nazywać rdzawą Niveą (krakowska zima przy płotku na Królewskiej nikogo nie oszczędza!), pożaliłam się na fejsie, że osoba bliska mojemu sercu – ba! OSOBA BĘDĄCA MOIM SERCEM, nie do końca zrozumiała powagę doniczkowej sytuacji. Tym bardziej więc trzęsłam się ze stresu, że mój glinowy twór okaże się antymiss doniczek i że jak postawię taką na parapecie, to jedyne, co dzięki temu zyskam, to fakt, że żaden plastikowy kruk już na balkonie nie będzie potrzebny. Nie tylko na naszym, ale i balkonach sąsiadów. W ogóle cała dzielnica będzie bezpieczna, bo wszystkie gołębie wyemigrują z Poznania ze strachu.

(I w ten sposób wpadłam na pierwszy tego dnia pomysł na biznes.)

Niemniej jednak – kto nie próbuje, ten ma święty spokój, więc, bez względu na konsekwencje, postanowiłam doniczkę ulepić. I kochać ją jak własną.

No to tak. Zanim ulepiłam, to okazało się, że sytuacje, w których ludzie biorą mnie za osobę ok. 10 lat młodszą niż faktycznie jestem, to po prostu moja karma i nie mogę z tym walczyć. Tym razem prowadząca warsztaty prawie przekonała mnie, że jestem starszą córką pani, która przyszła na warsztaty ze swoją 11-latką. Dodam, że byłyśmy jedynymi uczestniczkami, bo reszta populacji Poznania zwyczajnie stchórzyła. Ja ich trochę rozumiem, dużo nerwów, nie wiadomo co wyjdzie, a jeszcze jak ktoś w dodatku kocha gołębie, to już totalna klapa.

Ej, słuchajcie, właśnie sobie uświadomiłam, że my, kurnia, nie mamy parapetów na chacie. W tym miejscu więc krótka ankieta: gdzie jeszcze można postawić doniczkę (na wszelki wypadek – taką niekoniecznie ładną)?

Wracając do meritum, na początku moja doniczka wyglądała jak, będę mówić wprost, kupa gnoju. Nie wiem, czego się spodziewałam, ale kiedy w pierwszej klasie szkoły podstawowej, wygrałam Mikołajkowy konkurs plastyczny, w którym nagrodą główną był porcelanowy kubek ze św. Mikołajem, z którego to kubka po dziś dzień piję herbatę nawet w środku wakacji, to byłam pewna, że wszystko, gdzie dotknę, zmieni się w dzieło sztuki. W sumie powinnam skumać, że coś jest nie tak, kiedy próbowałam umyć ściany magiczną gąbką z Rossmanna, a one ani trochę nie zamieniły się w dzieło sztuki. Nie wiem, widocznie coś uśpiło moją czujność i nawet mam swój typ. Wiadomo, że jeśli mowa o uspaniu albo usypianiu, to mistrzem w tym fachu jest mój mąż, który cierpi (a raczej ja cierpię z tego powodu) na narkolepsję i zasypia w 3 sekundy nawet wtedy, kiedy ja płaczę, bo mi smutno, a on mnie przytula i pociesza. Rachunek jest więc prosty – to, że początku moja doniczka wyglądała jak kupa gnoju, jest winą mojego męża.

I w tym momencie takie małe ogłoszenie – jeśli znacie kogoś, komu podobają się doniczki w kształcie kupy gnoju, to jestem w stanie rozpocząć produkcję od ręki.

(I w ten sposób wpadłam na drugi tego dnia pomysł na biznes.)

ALE! Po wielu, wielu, wielu, wielu, wielu wątpliwościach, szoku, że dwóch kawałków gliny nie można połączyć ot tak i że trzeba ją szorować szczotką do zębów, żeby naruszyć jej strukturę, bo wtedy lepiej przyjmuje żebro ze swojego ciała oraz po licznych pytaniach w stronę pani prowadzącej, która bardzo cierpliwie pomagała mi ratować moje dzieło przed samozniszczeniem, ulepiłam.

Ulepiłam doniczkę, z której cała dzielnica będzie dumna, a wszystkie poznańskie gołębie przylatywać będą do niej na pielgrzymki. Wszystkie wspomnienia odżyły, a kubek ze św. Mikołajem pokochałam jeszcze bardziej. Poczułam, że żyję, a w mojej doniczce rosnąć będą pozytywne emocje, sukces i prestiż.

Naprawdę nie wiem, jak mogłam do tej pory bez niej żyć, bo myśląc o niej, zapominam o wszystkim innym.

No, to teraz jeszcze tylko żebym nie zapomniała jej za 10 dni odebrać z pracowni.