Dlaczego kochamy jesień za kocyk i herbatę?

Zastanówmy się przez chwilę, co sprawia, że nazywamy jakieś miejsce domem. U mnie wygląda to następująco:

1. W domu bez pytania otwieram lodówkę.

A w dodatku mniej więcej orientuję się, na której półce znajdę kiszone, a na której zakamuflowaną puszkę Cherry Coke.

2. W domu nie usuwam bezpiecznie sprzętu przez USB.

Nie ma tu miejsca na well-pc-known lans, jest samo życie. A samo życie w domu mówi mi, że ze strony mojego laptopa mi względnie nic nie grozi. (Piszę „względnie”, bo ostatnio przekonuję się, że najbardziej złośliwymi istotami żyjącymi są rzeczy martwe.)

3. W domu mam swój kocyk.

Taki, na którego widok miękną mi kolana, serce zamienia się w mały termoforek, a mózg w galaretkę. Taki, pod którym nic mi nie grozi i taki, który zawsze wybieram zamiast wyjścia na imprezę. Chociaż tutaj akurat dużych wymagań nie mam – kiedy, dajmy na to, do wyboru mam niewolniczą pracę przez rok za darmo dla producenta żelek anyżowych na stanowisku testera jakości produktu lub wyjście na imprezę, z całą dozą pewności jestem już w trakcie kupowania fartucha roboczego i czapki z daszkiem z napisem „I WILL TEST YOU SO BAD”.

W każdym razie widzicie, żadne tam automatyczne łączenie z wi-fi czy brak automatycznego wciągania brzucha na dzień dobry – po prostu lodówka, USB i kocyk. A wiecie, jakie określenie pasuje do tych trzech rzeczy? Jest to określenie – „parówka z ketchupem”. A tak naprawdę – „przytulność”.

Zaraz będzie ciemno, czyli co to ma wspólnego z jesienią

Jesień to taka sprytna pora, która pozwala mi na legalu przyjmować tę przytulność z należytym entuzjazmem. Jesienią nie jesteś lamusem, kiedy na pytanie „co robisz w piątek wieczorem?” odpowiesz „w piątek wieczorem jestem kocykowym burrito i czytam książki, a później obejrzę wszystkie seriale na Netflixie dodane w ostatnim miesiącu” (ej naprawdę dodali ich mnóstwo!!!). Jesteś jesiennym człowiekiem sukcesu.

Lato jest naprawdę super, ale dobrze, że nie trwa cały rok. Kocham pędzić i nadążać za światem i nie lubię sama przed sobą przyznać się, że czasem wcale mi się nie chce. Że jak się robi ciemno o tej dwudziestej drugiej, to chcę już iść do domu. „Ale przecież jest lato! Kurdę, szkoda trochę! Zostaję!”

A tymczasem…

… ciemność najlepiej wykorzystuje się właśnie jesienią. Jesień po prostu od tego jest. Zawijając się w kocyk i robiąc sobie 4 litry gorącej herbaty z cytryną, miodem i konfiturą malinową, mogę na legalu po prostu być w domu. Jesienią świat trochę zwalnia i kiedy ktoś mówi, że dziś jest dobry dzień na zapalenie lampki nocnej i słuchanie jak mruczy kot, a Ty odpowiadasz „tak! i do tego kocyk i herbatka”, to dzięki temu zostajecie przyjaciółmi na całe życie i zapisujecie sobie w testamencie swoje ulubione koszulki z superbohaterami, które pierzecie na 30 stopni na programie: Delikatne. Serio tak to działa.

Tak naprawdę każdy z nas codziennie chce wracać do swojej przytulności. Do lodówki, która nie zawsze zawiera w sobie to, co trzeba, bo czasem po prostu ją otwierasz i widzisz tylko światło, ale wtedy ktoś obejmuje Cię w pasie, całuje z tyłu szyi i mówi „zapomniałem zrobić zakupów, zamawiamy pizzę?”. Do starego laptopa, który zna na pamięć Twoje ulubione seriale i z pamięci otwiera karty, które ostatnio przeglądałeś. Do kocyka, który pachnie domem, chłodnym wieczorem, parą z gorącej herbaty i poczuciem, że masz pełne prawo siedzieć pod nim aż spokojnie zaśniesz.

A skoro spokojnie zaśniesz, to zwykle znaczy, że czujesz się bezpiecznie. Bezpieczeństwo jest bowiem cechą konieczną do osiągnięcia przytulności. Jest warunkiem, bez którego po prostu nie ma mowy o innych tajnych ficzerach domowej atmosfery.

Bo naprawdę fajnie jest wychodzić ze swoich licznych stref komfortu, sięgać tam, gdzie wzrok nie sięga i codziennie realizować niemożliwe cele, ale fajnie jest też po prostu bez pardonu i poczucia zmarnowanego wieczoru usiąść pod kocykiem z herbatą.

„Nie ma za co” – jesień.