Szampan i sernik pocieszenia

Jestem pewna, że to było tak, że kiedy geny mojej mamy i geny mojego taty ustawiły się w kolejce do wejścia z napisem „córka” i tak stały zadowolone, żeby po kolei, na zmianę, wchodzić i tworzyć całą moją osobowość, nagle na część z nich zawaliło się genowe drzewo. Wszystkie zginęły na miejscu.

Wiecie co to były za geny? Geny miłości do gotowania i pieczenia.

(W ich miejsce wepchnęło się dwa razy więcej genów miłości do seriali i kotów, a także wysokiej wytrzymałości na sen późną nocą, ale o tym już innym razem!)

Każdy, kto mnie trochę zna, dobrze wie, że najbardziej lubię gotować to, co już umiem i co nie ma prawa się nie udać, a jak już muszę zrobić coś nowego, to przy wyszukiwaniu przepisów w necie, zawsze zaczynam od „łatwy”.

(Jak widać, „łatwy” daje nam receptę głównie na mięso. Inaczej mówiąc, na szczęście i sens życia.)

Czasem jednak nadchodzą takie dni, kiedy mam ochotę jeszcze raz potwierdzić genowy spisek dziejów i udowodnić samej sobie, że to, co sobie wymyślę, wyjdzie albo spalone, albo niedorobione. Albo przynajmniej niejadalne. Wiecie, taki zdrowy masochizm. Mały pstryczek w nos wszystkim kołczom świata, którzy głoszą, że kto nie próbuje, ten nie pije szampana. A jak ktoś nie lubi szampana?

Wykorzystując okazję, że dziś nasze 27m2 odwiedza dziadek, postanowiłam upiec ciasto. Takie domowe, pachnące rodziną i równo poukładanymi talerzami. Wiecie jakie.

Najpierw postanowiłam, że będzie to ciasto z truskawkami i borówkami, ale nagle okazało się, że jest jesień i jedynymi owocami, jakie znalazłam, były banany i ogórki kiszone. W drodze kompromisu, zdecydowałam więc zrobić sernik z brzoskwiniami z puszki.

Przy okazji wymyśliłam ciasto jednomiskowe, które nie polega jednak na magicznej zdolności zrobienia wszystkiego w jednej misce jednocześnie, ale na 15-krotnym myciu jednej miski i używania jej po kolei do każdej części sernika. Metoda ta powinna mieć swoją nazwę zastępczą „biedomiskowa”, ponieważ dotyczy ludzi, którzy mają w domu tylko jedną miskę. W dodatku, Bogiem a prawdą, należącą do męża.

(To ja, Dżasta, która przetrwała 7 lat w Krakowie na miskach będących na wyposażeniu kolejnych 10 wynajmowanych mieszkań!)

Według przepisu („łatwego”), przygotowanie sernika wraz z jego upieczeniem, miało zająć 60 minut. Ciekawe, jakim cudem, kiedy samo nagrzanie piekarnika zajmuje 10 minut, a ciasto miało w nim siedzieć prawie godzinę, no ale dobra! W końcu ja się tutaj nie znam na pieczeniu, a autor przepisu na pewno tak! W przeciwnym razie nie widzę sensu, dla którego miałby się katować tworzeniem tak ciężkich rzeczy jak blog kulinarny. Naprawdę, wolałabym już pisać bloga o budowlance. W sumie kiedyś pisałam w robocie! I wiecie, co? Traumy brak! A po kulinarnym byłaby na, nomen omen, mur-beton!

Tak jak metoda jednomiskowa przewiduje, miskę myłam niezliczoną ilość razy, bo pech chciał, że nie doczytałam na samym początku, że ciasto to ma miliard części. Najbardziej wymagającą i zagadkową dla mnie częścią była kruszonka. Głównie dlatego, że, po wymieszaniu składników w idealnych proporcjach z przepisu, nie chciała się kruszyć. Pomyślałam, że może to wina mojego negatywnego nastawienia albo, NO WŁAŚNIE, genów, ale potem stwierdziłam, że wyjdę ze swojej strefy komfortu i dosypię trochę mąki.

W jednym momencie pokruszyła się ona i pokruszył się kulinarny lód wokół mojego serca. Nie jestem pewna, czy to z kruszonkowej radości, czy po prostu dlatego, że to był koniec sernikowej wyspy przygód! Teraz już tylko piekarnik i wolność!

No nie tak do końca z tą wolnością było, bo przez godzinę siedziałam jak na szpilkach i patrzyłam przez szybkę, czy sernik rośnie. A on nie rósł. I ogólnie wyglądał jakoś blado. I po godzinie byłam pewna, że jest surowy! I w ogóle już miałam wizję, że straciłam pół dnia i metodę jednomiskową na niejadalny ser z kruszonką! I miałam Wam tu napisać, że jak zawsze miałam rację, że moje kuchenne rewolucje jak zawsze na nic i nie mam co wstawić na insta, a jak mi jeszcze ktoś powie, że trening czyni mistrza i że koniecznie muszę spróbować jeszcze raz, bo przecież serniki są tego warte, bo pocieszają w każdej sytuacji i są najlepszym przyjacielem człowieka, to mu powiem, żeby nie chrzanił, bo na moje geny spadło genowe drzewo i wszystko w temacie!

Generalnie puentą tej przygody miało być zdjęcie sernikowego dnia Apokalipsy albo przynajmniej sernikowego karambolu na A4, bo mój sernik zaczął jechać pod prąd. Ogólnie cokolwiek, co będzie upamiętnieniem genów miłości do gotowania i pieczenia, które wydały ostatnie tchnienie długo przed moim narodzeniem.

No, tylko że sernik się udał. I jest, kurnia, pyszny.